14 czerwca 2017

Jak puszkę pomidorów

Jestem pod wrażeniem samej siebie, otworzyłam się ostatnim wpisem na stronie, zdecydowanie, tak jak ja otwieram puszkę pomidorów do dań włoskiego typu w mojej kuchni. Do tego bazylia , dużo oliwek  i czosnek. Makaron tylko al dente. I oliwa z oliwek od szwagra z Włoch.

Coś się stało. Przełamało. Nie chcę milczeć. Chcę dzielić się przemyśleniami, blogować.

Pragnę zarywać noce, by pisać.

Stagnacje – samowolne i nie z własnej woli, tak bardzo mnie unieszczęśliwiają. Tak bardzo dają poczuć, ze życie mija ze zbyt małym sensem, dla mnie.  Mija dzień za dniem i nie zostaje po nim ślad. Tylko napisany tekst i zrobiona fotografia jakoś chwytają ten dzień i chwile- niestety, zbyt szybko przemijające.

Pisanie to taka kotwica nurkująca do dna szczęścia.

Najważniejsze jest pisanie, sam proces pisania. Nie chodzi o uznanie, laury, etc. Chodzi o sam akt twórczy. Zaczynam wtedy myśleć. Zaczynam żyć.

To jest przyjemność. I praca. Ale jednak przyjemność w większej części.

Ostatni Frustrat Europy, moja ostatnia książka, napisany, a odłożony na rok. Na półtora roku. Bo mamy czerwiec.  Zostaje tylko korekta. Ta książka powinna już być wydana. Zajrzałam do niej ostatnim razem. Odleżała swoje i wiecie co? Jest dobra, jestem dumna z pracy, którą w  całym 2015 roku wykonałam. Mam gotową książkę. Tylko się cieszyć.(Pocieszam się.)

Teraz wystarczy tylko zrobić co należy, popchnąć ją dalej i oczyścić umysł. W głowie mam kolejne dwa opowiadania. Odwiedziły mnie po dłuższym milczeniu. Oryginalne bestie. Wiem, że lepiej nie odkładać, a napisać od razu. Niestety, skrobnęłam pomysł i zarys. Rozwinąć je muszę. A potem albo wracam do mojej książki historycznej albo daję sobie wolną rękę i poczekam na świeży pomysł. (Te nieukończone teksty za bardzo hamują proces twórczy. Ograniczają wolność, przez to siedzenie z tyłu głowy. Trzeba się uwolnić.)

  12 czerwca 2017

Garść przemyśleń

Równo miesiąc i jeden dzień temu przeszłam operację w pełnej narkozie. Wszystko trwało około trzech i pół godzin. Nigdy wcześniej nie byłam znieczulona ogólnie.

Przed operacją zastanawiałam się nie tyle co nad bólem po operacji, tylko nad tym gdzie będzie moja dusza / istota samoświadomości w trakcie operacji.

Zastanawiałam się nad śmiercią kliniczną i obawiałam się doświadczeń z nią związanych, typu : wyjdę z ciała i będę siebie widzieć na stole operacyjnym…

Nic takiego nie miało miejsca. Po sześciu oddechach w masce odpłynęłam. Nie wiedziałam nic. Nie czułam. Wybudzenie było kompletnym zaskoczeniem. Było mi dobrze we śnie.  I zdałam sobie z przerażeniem sprawę z tego, że mogliby mnie poćwiartować na tym stole, a ja bym o tym nie wiedziała. Mogliby mi wszystko. Wziąć nerkę albo i serce.

Świadomość została uśpiona, więc umysł  też. A gdzie była dusza?

Czyliż dusza to tylko konstrukt naszej świadomości. Mózg wspaniały i niezbadany.

Wstrząsnęło mnie to.

 

Coraz bardziej wzrasta we mnie przekonanie, że religie świata są po to by nadać sens życiu i je regulować. Oswoić śmierć i nadać równie jej sensu. Pocieszyć. Dać nadzieję. I wmówić, że niewytłumaczalne ma być takie, jak ktoś kiedyś gdzieś zapisał, jak wierzyli prorocy. I wierzyć, że byli oni nieomylni, bo natchnieni.

Wiadomo. Wiara pozostaje wiarą. Empiryczne spory nijak mają się do żarliwych i głębokich przekonań.

Wiara, sprawa bardzo indywidualna, osobista. A w Polsce coraz bardziej narodowa.

Jak tu pominąć ten cały patriarchat, bo zobaczcie, w Głównych Prawdach Wiary:” Są trzy osoby boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży I Duch Święty. ”

Dlaczego w Trójcy Świętej nie ma kobiety?

Dlaczego Bóg nie miał córki?

Dlaczego Bóg nie miał parki: syna i córki?

Że już o Ewie z żebra Adama nie wspomnę.

I o dwunastu Apostołach?

Trzech Królach?

 

Dziś już zupełnie inaczej wracam we wspomnieniach do wywiadu, jednego z ostatnich Tomasza Lisa ze Zbigniewem Religą. Tomasz lis zapytał profesora o to, czy “coś ” jest po śmierci. A doktor z pełnym przekonaniem odpowiedział, że niczego tam nie ma. Pamiętam, jak gryzła mnie ta pewność profesora. I przekora podpowiadała mi: przecież nikt nie wie, dopóki żyje.  Jako lekarz, schorowany, po przebytych operacjach i leczeniu nowotworowym – ze spokojem tak odpowiedział.  Profesor Religa jako chirurg sam wykonał tysiące operacji, jak sądzę; miał władzę nad pacjentami. Widział te sterowane usypiania, wybudzania po operacjach.

Teraz ja, po narkozie, śmiem twierdzić, że żyjemy tu i teraz. Mamy jedno życie. Nie czekajmy na kolejne. Liczy się każdy dzień.

A lewitowałam nie nad stołem operacyjnym, a trzy lata temu w moim łóżku po zażyciu dwóch różnych leków na nadciśnienie. Przez okropną chwilę kołysząc się, uniosłam się około dwudziestu centymetrów nad materac, nie mogłam zawołać, ruszyć ręką , niczym, aby prosić o pomoc. Cholernie się wtedy przestraszyłam. Ośrodkowy układ nerwowy, mózg i jego kompetencje plus źle dobrane leki, mieszanka dająca ekstremalne przeżycia. To wspomnienie na marginesie, ale jestem ciekawa, czy Któreś z Was miało podobne doświadczenia?

Czy Ktoś z Was zna odpowiedź na to pytanie: gdzie znajduje się dusza podczas operacji?