Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

Kwiecień

25.04.2015.

Tak długo nie pisałam. Tak długo mnie tu nie było, tęskniłam. Cholernie tęskniłam za pisaniem. Rozrywało mnie od środka. Nie odtworzę tych wszystkich zdarzeń oraz myśli. Nawet nie mogłam dostać się do komputera.

Było ze mną bardzo źle. Trzynastego marca byłam u kardiologa, następnie dwudziestego marca u pani profesor endokrynolog. Nabawiłam się takiej nadczynności (będąc pod opieką lekarza) od momentu urodzenia Słodziaka, że omal nie wykitowałam. Kto to przechodził, zrozumie o czym mowa.

 Choroby tarczycy, to dla mnie nie nowość. Wykryto mi ją w wieku piętnastu lat wraz z bardzo silną anemią. I przez te lata wiele udało mi się o niej nauczyć oraz  poczuć na własnej skórze, jak są postrzegane.

W ogólnym dyskursie społecznym choroby tarczycy są lekceważone, chyba że guz, to co innego, ale Hashimoto, Graves- Basedowa- czyli zapalenie tarczycy. Są to choroby związane z hormonami, no , a ich gołym okiem nie widać, dlatego wielu ludziom taka choroba wydaje się byle czym, skoro objawy nie rzucają się w oczy. Poza tym tyle się słyszy o tarczycy- ktoś, gdzieś, coś miał z tarczycą – dlatego wydaje im się nieprawdopodobne, żeby z jej powodu czuć się tak słabo.

Doprowadziłam się do takiej nadczynności karmiąc piersią, pomimo, że w grudniu byłam u lekarza, iż w przeciągu trzech miesięcy mój wynik  hormonu ft3 wyniósł ‘84’, gdzie norma jest ‘2-4’. Wyobraźcie  sobie, nie móc wejść na drugie piętro bez przystanku, bo serce chce wyskoczyć, bolą kolana, a pot spływa po całym ciele. Mój puls wynosił sto trzydzieści trzy w spoczynku, poniżej stu dwudziestu nie spadał! Schudłam tak, że wszystkie ciuchy lecą.

Wyobraźcie sobie, że nie możecie jeść i boicie się jeść, bo z suchości skleja wam się przełyk, stale się krztusicie, zjedzenie byłe jabłka jest wyzwaniem. Nic was nie cieszy. Mamcie problemy ze snem. Jesteście wykończeni. Wszystko robicie na siłę, nic z chęci.

Do tego nadciśnienie… Być może odziedziczyłam w genach i przed porodem Słodziaka z cała mocą się objawiło i jest, i będzie. Ale też może być wynikiem rzutu silnej nadczynności A wiec mam trzydzieści dwa lata i biorę tabletki na nadciśnienie. Puls nie reaguje. Potem idę do innego lekarza z tarczycą, dowiaduję się o bardzo silnej nadczynności, muszę brać leki, co nie jest proste, bo po tabletce osiem godzin nie można karmić. Słodziak nie chce chwycić butelki- żonglowanie butelkami i mlekami, po miesiącu stresu, smutku, zaczynam brać leki. I tak nie biorę zaleconej dawki, bo nie mogłabym karmić dwanaście godzin, bo tak duża dawka hormonów powinna być połknięta. A dwanaście godzin to jest zbyt długo dla Maleństwa bez piersi, gdyż zasypia tylko przy piersi lub na spacerku. Tutaj odpada mi w ciągu dnia godzina, dwie, kiedy wcześniej spał w domu, bo nie zaśnie bez piersi. Wychodzę na spacer, długi, aby się wyspał, bo jak nie, to jest marudny. A więc, na jakąkolwiek robotę ucieka mi czas, który kiedyś miałam. A jaki to był stres? Dziecko na piersi i nie chce chwycić butelki, a musi?!!! Poza tym dowiedziałam się, że w pewnym sensie byłam źle leczona, ponieważ przy nawrocie nadczynności dzisiaj zaleca się jej napromieniowanie radioaktywnym jodem. Polega to na odizolowaniu na dwa tygodnie od otoczenia, gdzie tarczycę się  traktuje jodem radioaktywnym  odpowiednio, teraz przy tak małym dziecku, nie wchodzi to w rachubę. Gdybym wiedziała wcześniej, to poddałabym się temu zabiegowi przed urodzeniem Słodziaka, gdyż Starszy jest odchowany. Kiedyś przy nawrocie nadczynności,  głównie wycinali tarczycę, teraz ja napromieniowują. A ja? Z pięć, dziesięć razy już ją miałam. Gdyż moja choroba polega na  wahaniu się, a to z nadczynności w  niedoczynność. Serce to wykańcza, metabolizm też jest do niczego. Człowiek sam sobą jest zmęczony. Choroby tarczycy to też spadek po Czarnobylu (z ust lekarza).

Do tego niespodziewanie doszła przeprowadzka. Nadarzyła się okazja: lepsze warunki i tańsze mieszkanie. I moja choroba do tego. Wszystko na głowie męża, ja mam siłę tylko na opiekę nad dzieckiem, nawet gotować mi się nie chce, choć lubię.

Dobrze, że nie pisałam, bo przez tę przeprowadzkę tyle jadu, złości było we mnie, że potrafiłabym tu tylko syczeć. Ilość gratów była zatrważająca. Do dzisiaj porządkujemy, nie możemy dojść do ładu. To bardzo utrudnia życie. I pisanie. Nie mamy jeszcze internetu, wcięło ładowarkę do laptopa, wiec ten był martwy. Coś tam bazgrałam do zeszytu, ale to nie to. Już się przyzwyczaiłam do Worda.

Piszę trochę chaotycznie, ale taki sam chaos był we mnie i obok mnie. Rozumiecie, przez co przeszłam…

Na koniec spieszę donieść, że nie ma żadnej odpowiedzi od Wydawnictw. Do  dziesiątego czerwca mam czas, ale już wątpię w to, że ktokolwiek do mnie napisze. No nic, wtedy wyślę książkę na Rozpisani.pl – jest to twór Wydawnictwa PWN- niby mają pomóc wydać, tylko pytanie: ile to kosztuje? Ktoś z Was wie?

26.04.2015

Zastanawiałam się, czy chcę być żoną, czy „ żoną przy mężu”?

Oglądałam na TVP regionalna  wywiad z pisarka Grażyną Plebanek. Trafiłam przypadkiem i zobaczyłam go w połowie, trwała promocja jej nowej książki: Bokserka.

 Plebanek wspominała swoja szkołę średnią, jak rozumiem  początek lat dziewięćdziesiątych, gdzie w obiegu były stare, popeerelowskie  dowody osobiste, z których dużo więcej można było wyczytać o właścicielu niż z dzisiejszych. Mamy tamtych uczennic miały w dowodzie wpisane zawody, tylko jedna wpisane miała adnotację: ”przy mężu”.

Jak to się ma do mnie? Ano ma.

Jeśli ja pójdę na wychowawczy, a potem rzucę pracę dla pisania (warunek: mąż musi zarobić na wszystko), to stanę się wtedy taką żoną ”przy mężu” dopóki nie zacznę zarabiać na pisaniu.

A teraz pytanie zasadnicze: kiedy mi się uda ”coś” wydać do kurki wodnej!?

Jest to balans. W pracy byłam niezbyt szczęśliwa, a ze względu na jej specyfikę nazbyt często przemęczona; gdzie tu pisać w takich warunkach, jak jeszcze jest rodzina?

Z kolei pracując zawodowo ma się oddech od przyziemnych obowiązków domowych.

Ma się inny, szerszy kontakt ze światem.

   Rodzina śpi, a ja piszę. Boże! Jaka jestem szczęśliwa, kiedy to robię, a słowa same kładą mi się pod palce. Bardzo mi tego brakowało przez tę przeprowadzkę. Tęskniłam strasznie do pisania.

27.04.2015

Teraz wiem, Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz…

Śpiewa Rojek w radio. Jakie to jest prawdziwe, a muzyka podbija sens tych słów.

Tak jest prawie ze wszystkim: kompleksami, strachem, związkiem, przyjaźnią, złudzeniami. Nawet własna śmierć może być przez nas sterowana, jeżeli chcemy ją przybliżyć. W odwrotnym przypadku,  jest już trudniej- kiedy kostucha przyjdzie pod drzwi, raczej się nie wywiniemy…

27.04.2015

Choć  czas jak rzeka, jak rzeka płynie, unosząc w przeszłość tamte dni.

Dzisiaj włączyłam radio i usłyszałam tę piosenkę Niemena. Wcześniej wiele razy ją słyszałam, nawet miałam ją na płycie, ale dzisiaj mnie poruszyła wyjątkowo. Słowa refrenu są proste, a muzyka powoli wije się jak leniwa rzeka; ale tak bardzo uderzają w sedno.  Stare panta rhei – stale aktualne.

Potem pojechałam z dziećmi do siostry, u której było jeszcze inne towarzystwo. Jedna z osób miała córkę piętnastoletnią. Wracam do tego tematu, bo pisałam już coś o tym wcześniej… Pamiętam siebie w tym wieku. I chciałabym wrócić do tamtego czasu, podjęłabym lepsze decyzje, byłabym bardziej zdeterminowana. Ale… Kto by nie chciał?

Chciałabym na powrót mieć te młode lata, bo miałabym więcej możliwości WYBORU. Dlaczego wraz z upływającym wiekiem te możliwości tak się kurczą?!

Z drugiej strony piekła ogólniaka nie chciałabym na powrót przeżywać. Uważam, że mnie nie przejrzeli. Matematyczka, stara panna, tępiła mnie, wyżywała się na mnie, codziennie pytała. Chodziłam na korki od trzeciej klasy (trzeba było się ratować), nie wagarowałam, a w tej trzeciej klasie na pierwsze półrocze byłam zagrożona. Winę ponosi także głupi galimatias systemowy. Nasz rocznik ‘83, w pierwszej klasie usłyszał, że każdy będzie musiał zdawać  nową maturę z matematyki, więc ona powiedziała: każdy musi ją umieć. Przez cztery lata to trwało, dla belfrówy była to woda na młyn; pisaliśmy próbną nową maturę. Uwaga, zdałam matematykę  bez problemu na poziomie podstawowym, uważam, że zadania były łatwe, właściwie na logikę. Po czym, po próbnej nowej usłyszeliśmy, że piszemy starą maturę, która napisałam z historii. To było chore.

Ale te kartkówki, pytania, czułam, że mnie personalnie nie lubi. Myślałam  o samobójstwie. Nigdy, jak wtedy. Nawet wybrałam miejsce. Na teczce A4 na matematyce napisałam: samobójstwo to jest wyjście. Dlatego nigdy nie przyjadę na zjazd absolwentów.

 Dlaczego wtedy się nie przeniosłam lub nie rzuciłam szkoły? Byłam zbyt osaczona, prawdopodobnie w depresji.

Polonistka też mnie nie doceniła. ”Laura przeczytaj, Laura opowiedz” – byłam klasowym lektorem. Uwielbiałam polski, historie; geografię i biologię też lubiłam. Z tego pierwszego nie zostałam doceniona na koniec, ani na maturze. Tylko jedna nauczycielka z podstawówki – wiedziała jaki pisarski potencjał we mnie drzemie. Pamiętam jak dostałam piątkę z plusem za opowiadanie: Moje z spotkanie z Kochanowskim w Czarnolesie. (Szóstek nie uznawała).

Wiem, brzmię jak się mnie czyta na głos, jak rozgoryczony, zgorzkniały frustrat. Stąd utwierdzam się w przekonaniu, że mój tytuł tego pamiętnika jest słuszny.

Gdyby tamten czas się wrócił, zdawałabym na mój wymarzony kierunek studiów. Stchórzyłam, i będę tego żałować do końca życia.

Śp. Bartoszewski powiedział, że: jak się dobrze przeżyje młodość, to potem można z niej czerpać całe życie. No właśnie. Dlatego młodość, jest taka ważna, a my młodzi wtenczas tak mało wiemy, tak bardzo jesteśmy poranieni szkołą, kompleksami, brakiem  zdecydowania i pewności siebie.

30.04.2015

Jeszcze dużo śniega musisz pojscać – mówi mój tata w stanie wstawiennictwa najwyższego.  Mówi jeszcze: Jak ja bym napisał książkę, historię rodziny, to by dopiero była książka. Może na mnie to pisarstwo przeszło.

Ten zwrot przypomina mi  strofę Francois Villona  Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi !–  z jego poematu tęsknoty za  dawnym życiem: Ballada o Paniach Minionego Czasu, spisanym, gdy siedział w celi.

Pilch wielokrotnie pisał o swojej babce Czyżowej, która była świetną opowiadaczką, potrafiła ciągnąć kilka wątków ze szczegółami jednocześnie, mając niespotykany dar i podzielność uwagi. Moja babcia Stasia ze strony ojca, też taka była, przy tym w tych opowieściach miała wiele poczucia humoru. Może nawet przebijała babkę Pilcha, babcia potrafiła słuchać i rozmawiać z kilkoma osobami na raz. Będąc przy stole, była w temacie i do tego prawiła swoje. Koniugacje, pokolenia, kto od kogo się wywodził – wiedziała wszystko.

Niestety babcia ponoć źle mi życzyła, czy nie lubiła. Powiedział mi to wróż Marcin, który była na targach medycyny naturalnej w Krakowie, rzut beretem od mojej uczelni. Aby się od tego uwolnić kazał mi nasze wspólne zdjęcie przeciąć na pół i część z babcią spalić nad świeczką. Nie zrobiłam tego, bo wydawało mi się to groźne i wredne; do tego wróża poszłam właściwie  przypadkowo.  Jednakże po tym czasie, za niedługo babcia zmarła, no a niespełna kilka miesięcy potem zaczęło mi się naprawdę układać w życiu- ot, paradoks (bo wcześniej tak nie było). Zaledwie cztery miesiące po jej śmierci poznałam mojego męża, no i patrząc na wszystkie okoliczności, jak do tego doszło, było to bardzo nieprawdopodobne, nie wdając się w szczegóły. Naprawdę to było przeznaczenie. Ktoś powie, że to był zbieg okoliczności? Być może, jednak jak zanalizowałam to później, kiedy to sobie przypomniałam, to coś  jednak w tym było. To jak wiodło mi się przed jej śmiercią i po.

Zachwalany przez ochraniarza rzekomy wróż, powiedział mi jeszcze, że mam pięciu aniołów stróżów. Ale dwoje się na mnie obraziło. Interesujące…, że aniołowie mogą się obrażać? Ciekawa jestem, od czego to zależy, ile się ma tych aniołów wokół siebie. Wcześniej sądziłam, że każdy ma tylko jednego.

Ezoteryka jest ciekawa, jednakże znam się na niej bardzo pobieżnie. Ot, przeczytam horoskop, poczytam o magii liczb… Muszę przyznać, że horoskop chiński z dwa tysiące dziesiątego roku z Twojego Stylu spełnił się mi doskonale. Charakterologicznie jestem typowym Wodnikiem- fantazji ani intuicji mi nie brakuje.

Palec Przeznaczenia wywołał poród mojej mamy dwa miesiące wcześniej, właśnie dlatego, że planety zadecydowały, że oto jest kolejna Wodniczka i musi się urodzić w ostatni dzień stycznia. Miałam się urodzić w Prima Aprilis, a więc byłabym nie całkiem serio. Nie ma we mnie Barana.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Jeśli chcesz mnie docenić, możesz mi postawić wirtualną kawę.

Dziękuję!