Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

STYCZEŃ

03.01.2015

Nigdy z niczym nie mogę zdążyć. Z rozpoczęciem pisania tego dziennika z datą pierwszego stycznia, również.

To takie postanowienie noworoczne, próba zdyscyplinowania siebie do tego, by pisać i rozliczać się z tego pisania. Poza tym zwykły zapis bolączek. Po trosze świadectwo pokolenia. Ja też jestem jego głosem i chcę, aby mnie usłyszano. Takich frustratów zapewne jest więcej.

Ciekawe, czy ktokolwiek będzie czytać mój blog? Z tego co obserwuję, coraz większe rzesze oglądają vlogi. Komu chce się dziś wysilać i czytać?

Łatwiej oglądać i słuchać niż czytać. Co w moim przekonaniu zubaża. To prawda, że przy filmach więcej zmysłów pracuje, ale czytając uruchamiamy głębszy proces myślenia, analizowania, wyobrażania tego, o czym czytamy. Oglądając, atakuje nas wiele bodźców, które nas również rozpraszają. Czytanie, to: skupienie, wyciszenie się, głębokie odczuwanie i przeżywanie fabuły, budowanie analogii.

08.01.2015

Za oknem huraganowe podmuchy, zmrożone krople deszczu, prawie grad uderzają o szyby. Za kwadrans północ.

Google przepasane kirem po wczorajszym zamachu na francuski dziennik satyryczny Charlie Hebdo. Za chwilę codziennie będziemy słyszeć o zamachu, aż znieczulica zapanuje kompletna, do czasu, kiedy nie stanie się to u nas. Nie znamy dnia ani godziny. Truizm? Prawda.

Zaraz upłynie dziesięć dni stycznia, a ja nie napisałam więcej niż strona A4  czcionką nr. 11.

A chciałbym napisać stronę dziennie w mojej sytuacji.

Chcę skończyć rozpoczętą bajkę, którą zaczęłam pisać jeszcze w grudniu- jako przerywnik. Przyszła do mnie w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć; fajne pomysły, gotowe dialogi oraz postacie. Muszę ją napisać. A właściwie zapisać… Również dla naszych dzieci. A potem powrócić do mojej powieści, wielkiej powieści osadzonej  na przełomie XVIII i XIX wieku. Mam  ją na warsztacie od kilku lat, w tym z kilkuletnią przerwą niepisania wcale, ale za to czytając książki historyczne.

09.01.2015

Mamy dwa tysiące piętnasty rok. Piętnasty… Ta data nasunęła mi to, jak ja się czułam, kiedy miałam piętnaście lat. Pamiętam siebie  w czerwonej sukience, latem, jak szłam miedzą w stronę kolei, pełna nadziei. Właśnie skończyłam podstawówkę. Wspaniałą podstawówkę, z której mam najlepsze wspomnienia edukacyjne w życiu i która mnie najbardziej rozwinęła. Szkoła średnia, studia, nigdy już to się nie powtórzyło – ta siła rażenia oraz rzetelność, zdobywanie prawdziwej wiedzy, ale i empatia, patrzenie na potencjał jednostki. Traktowanie podmiotowe. A wtedy myślałam, że to dopiero początek. Myślałam, że kiedy  wypłynę na szerokie wody, to dopiero pożegluję z własnym rozwojem i spotkam wspaniałych ludzi. Nie prawda.

Piętnastolatka, pisząca wtenczas wiersze, co dla mnie samej było zaskoczeniem, bo przecież wcześniej była tylko proza. Miałam w sobie marzenia i wiele wiary, nawet przekonanie, że będę pisać, utrzymywać się z tego i zaistnieję w światku skrybów. Czułam, że życie do mnie należy, że przed sobą mam wspaniałą przyszłość, nie świetlaną i łatwą, ale te siedemnaście lat temu, myślałam, że w obecnym wieku będę już uznaną i zadowolona z siebie pisarką.

Realizuję się jako matka, jest to ważna, ale jednak jedna ze sfer życia, gdzieś tam głęboko, każdy ma w sobie jakieś powołanie i wewnętrzny nakaz, by robić to, co do niego należy. Pomimo udanego życia rodzinnego bądź nie, kłopotów finansowych, zdrowotnych nawet, ten przymus realizowania się jest niezniszczalny, pierwotny nawet. Jest jak popęd.

Pisanie, myślenie o pisaniu mnie uszczęśliwia. Kiedy to robię, jestem zadowolona z siebie, czuję się lepiej- mam niższe ciśnienie krwi. Jestem spokojniejsza, nie czuję objawów stanów lękowych i nerwicy. Nie piszę dla terapii. Mam nerwicę przez to m.in., że nie piszę, nie ukończyłam swojej powieści.

10.01.2015

Dwa dni temu w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat zmarł Tadeusz Konwicki. Na TVP Kultura wieczorem emitowali program dokumentalny o nim. Nie oglądałam w całości, bo nie widziałam początku, ale był to obszerny dokument: posklejane wywiady plus spotkania autorskie oraz wypowiedzi córek. Pierwsza córka, bardzo podobna fizycznie do ojca, mówiła o więzi telepatycznej ich łączącej, ponoć nie musieli rozmawiać, by jedno wiedziało co drugie myśli; natomiast druga córka – niepodobna fizycznie – wspominała dzieciństwo. Powiedziała coś, co bardzo mi utkwiło w głowie, mianowicie  że widziała ojca za szybą jak pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Tak, widziała go za szybą. Taki żal było słychać w jej głosie o dystans i niedostępność ojca, o to , że nie poświęcił im – córkom- wystarczającej ilości czasu.

A moja refleksja jest zgoła inna. Nie pierwszy to mężczyzna, który może pisać i mieć w nosie wszystko. Może pisać i nie musieć się przejmować  tym, co w tym czasie dzieje się z (również jego) dziećmi. Już  żona się miała nimi zająć i ewentualnie odciągnąć od tych drzwi z szybą, żeby mu nie przeszkadzały, w końcu pracował. Na przykład Thomass Mann i jego żona Katia. Ona też o wszystko dbała.

Porównuję siebie – nikt mojego pisania nie traktuje poważnie, jak pracy.(Może dlatego, że niczego jeszcze nie wydałam).  Fakt – niczego prócz własnej satysfakcji i spokoju ducha z tego nie mam (wciąż), ale to ja muszę sobie wygospodarować czas na pisanie: nocą, nad ranem, w czasie drzemki Maleństwa. Przy ostatnim, nie zawsze możliwe, bo jak muszę ugotować, wyprać – to robię to w tym czasie. Muszę się wyrobić (zdążyć) z obowiązkami domowymi, bo nikt tego za mnie nie zrobi.

Który facet to zrozumie? Poczuje?

Wielokrotnie miałam fajne pomysły i pociąg do pisania, kiedy nie mogłam pomarzyć nawet, bym mogła to zapisać. Czasem na papierze skrobnę pojedyncze pomysły. Nieraz odwrotnie, pisałam i miałam tak zwaną wenę, a tu np. Malutki się obudził, jest głodny; Starszy podobnie – przerywam bez  żalu ze względu na dzieci, z drugiej strony wiem, że fajnie mi się myśli układały i mogłabym zapisać parę stron i że tego nie zrobię. Przepadło. Nigdy w takiej samej formie już nie odtworzę tego, co chciałam zapisać.

Jest to naturalne, że przerywam. Nawet nie próbuję się użalać. Bardziej chcę tutaj ludzi, czyli WAS uświadomić.

Z drugiej strony warto doceniać. Doceniać pisarki (posiadające dzieci). Doceniać żony pisarzy, żony artystów w ogóle.

Buńczuczne feministki pewnie chórem się odezwą: to po co masz dzieci, skoro chciałaś pisać?

Moja odpowiedź zabrzmi: chcę mieć rodzinę i chcę pisać. Chyba to nie grzech?

Ubolewam nad moją relatywnie słabą wytrzymałością fizyczną. Żałuję, że nie wystarczają mi trzy godziny snu na dobę.

A teraz możecie mnie hejtować.

13.01.2015.

Jest  czterdzieści minut po północy, a ja odpaliłam komputer. Rodzina już śpi. Jestem zmęczona i też chętnie bym się położyła do łóżka, jednak tego nie robię. Gna mnie myśl do komputera, że muszę pisać. Bo dzisiaj nic nie udało mi się jeszcze zapisać, a to niedobrze jest. Tak właśnie mija dzień za dniem,  tak naprawdę upływa życie. Upływa, czyli go ubywa. Nie będę wieczna ja ani pozostali. Chcę coś zrobić, coś napisać i po sobie pozostawić . A najważniejsze, póki żyję robić to, co sprawia mi przyjemność. To jest chyba najważniejsze. Podwójna radość  z istnienia, kiedy robi się to, co lubi.

Do komputera gna mnie jeszcze świadomość, że  mój urlop macierzyński nie będzie wiecznie trwać. Zarywanie nocy nie jest mi obce, bo pracowałam zmianowo. Aby to zmienić, pozostaje mi na macierzyńskim zarywanie nocy, by pisać. I jest to o wiele łatwiejsze, gdyż piszę, bo lubię. Żeby tylko były tego wymierne efekty, w postaci ukończenia i wydania książki. Pisarze, ci dobrzy, popularni mniej lub bardziej, utrzymują się nie tylko z prowizji od sprzedanej ilości książek. Zarabiają na spotkaniach autorskich, powstaje coraz więcej nagród literackich, coraz częściej miasta przyznają nagrody. Mamy  Literacki Sopot,  szczecińską Gryfie, śląski Wawrzyn Literacki, nie mówiąc o Nike czy Angelusie, nagrodach za kryminał czy reportaż, książki historyczne, poezje… Wiele konkursów. Tylko trzeba być zwierzęciem konkursowym oraz być nominowanym. Nie wiem, czy jestem. Na razie jestem w sieci i wy mnie czytacie, poznajecie. Widzę po statystykach, że jesteście, natomiast komentarzy z waszej strony brak.

Piszę w nocy, bo w dzień będę się zajmować Maleństwem. To nie jest tak, że dziecko mi przeszkadza w pisaniu. Nie. Gdyby nie macierzyński, zamiast zajmowania się dzieckiem, byłabym w pracy, czyli też nie pisałabym. Doceniam możliwość bycia przy dziecku, zwłaszcza kiedy widzę, jak ono tego potrzebuje. Mama w tym wieku jest dla niego wszystkim, zwłaszcza, gdy karmi się piersią.

Znam piekło nocek, pracy po dwanaście godzin, zmianowej. Pracy we wszystkie święta czy weekendy, jak wypadnie. Nie ma świętości.

Zamiast tej pracy, mogłabym pisać dwanaście godzin. Nawet w święta.

14.01.2015

Wiecie co mnie wkurza? Tendencyjność  Europy. I świata. Już siedem dni mięło od zamachu we Francji na satyryczny dziennik Charlie Hebdo. Stała się straszna tragedia i zakusy dżihadystów są zatrważające.

Dzisiaj rzecz o mediach. Po zamachu wszystkie  programy informacyjne, debaty, były na ten temat, gazety solidarnie o nich pisały. Dzień po zamachu, kiedy była obława na braci terrorystów, kanał informacyjny na żywo to transmitował. Na wczorajszej gali Grammy w Los Angeles gwiazdy nosiły plakietki : jestem z Hebdo.  Zostało to tak nagłośnione, bo stało się w Europie, w bogatym państwie i może to zagrozić zachodniemu stylowi życia, dobrobytowi.

W dzisiejszych wiadomościach dopiero po dziesięciu minutach powiedzieli o zamachu terrorystycznym w Nigerii, w którym na targu dwie dziewczynki zdetonowały bomby, które prócz nich zabiły około dwustu osób. Zaledwie kilka dni, dwa zamachy. Ale jaka różnica w potraktowaniu tych informacji! O zamachu na bogatych, wykształconych dziennikarzy – skutkach i przyszłości -debata ogólnonarodowa. A o Afryce? Właściwie w kontekście  zamachów  terrorystycznych i dżihadystach o tym wspomniano.

Nie przeszkadza wam ten oportunizm ? Jasne, kogo obchodzi Afryka?

Who cares about Africa?

15.01.2015

Uśmiech dziecka to najpiękniejsza rzecz na świecie. To nie jest banał. To jest prawda.

Kiedy nachylam się nad łóżeczkiem po przebudzeniu Maleństwa, on uśmiecha się do mnie na szerokość całej swej buzi, obnażając bezzębne dziąsełka. Jego oczka też się uśmiechają, a nieraz nawet wzdycha z radości, gdy mnie widzi. Młóci rękami i nogami pod kołderką. Całym sobą wyraża radość. Czuję wtedy falę ogromnego szczęścia, absolutnego. Wtedy nic nie jest ważne, nic się nie liczy. W takich momentach, chcę tylko aby dzieci były zawsze zdrowe i aby miały w swoim życiu jak najwięcej powodów właśnie do tak szczerych uśmiechów. Doceniam każdą chwilę z dziećmi. Naprawdę. Czasem nie chcę by rosły, bo żal mi każdego przemijającego etapu, wiem, że już nie wróci. Oczywiście cieszę się z nowych umiejętności, postępów, zdaję sobie sprawę, że to nieuniknione. Jednakże dzieci rosną, są coraz starsze, dorosłe, przyjdzie moment, że wyfruną z gniazda. Takim już jestem typem, że moja radość jest podszyta nostalgią. Widzę lustro- lśniącą płaszczyznę i jego ciemną stronę.

Też tak macie?

21.01.2015

Mało pisania! Mało, mało…

22.01.2015

Dostaję pytania skąd mój pomysł na ten świetny tytuł?

W pierwszej klasie ogólniaka, tylko przez rok mieliśmy muzykę. Prowadziła ją fajna, młoda nauczycielka, która była świeżo po ślubie, wkrótce zaszła w ciążę i nie spotkaliśmy się z nią więcej. Nie tylko z nią, ale i muzyką jako przedmiotem. Lekcje nie były sztampowe, oglądaliśmy z nią np. film: Amadeusz; uczyła nas tańców ludowych. Pewnego razu zaprezentowała również nagranie dźwiękowe, bardzo stare i okropnej jakości: Ostatni kastrat  – i dopowiedziała: Europy. Kiedyś mężczyzn przeznaczonych do pracy w chórze, a właściwie chłopców kastrowano, po to by ich głosy były wysokie, kobiece, wyjątkowe. Ostatni z tak potraktowanych został nagrany. Pamiętam, wywarło to na mnie duże wrażenie. Od tamtej pory ten tytuł kołacze mi się po głowie. Stąd moje zapożyczenie i wymiana jednego słowa, a jaki jest wspaniały efekt: Ostatni frustrat Europy. Ile pytań się rodzi? Dlaczego frustrat, dlaczego ostatni, dlaczego Europy? – wymienić choćby trzy najprostsze. Jak wiele znaczeń, niuansów  zdoła się ukryć pod tym tytułem?

Frustrat?

Dlaczego ostatni frustrat  a nie frustratka? Pozwólcie, że wyjaśnię w dwóch punktach.

  1. Gdyby była frustratką – zastanawiając się nad kupnem książki tylko ze względu na tytuł – pewnie z góry wzięlibyście mnie za niewyżytą seksualnie babę, opisującą swe wynaturzenia.
  2. Frustrat – brzmi interesująco – a jego dywagacje na różne tematy na tle europejskim będą prawdziwe, ciekawe, poważne, bo wszak jest mężczyzną. Najlepiej  w przedziale wiekowym 35-45 lat. Nie młody szczaw, a już wykształcony, z doświadczeniem zawodowym i okrzepłą męskością, która tak pociąga kobiety.

Męska końcówka jest moim chwytem marketingowym. Ale się nabraliście, co?

23.01.2015

Jest wpół do pierwszej w nocy i dopiero zasiadam do pisania. Przed chwilą skonsumowałam bułkę maczaną w swojskiej oliwie z oliwek od szwagra z Włoch. Jak pisać, to trzeba się posilić.

Boli mnie kręgosłup, a to głównie dlatego, że miałam pracowity dzień. Winę za moje zmęczenie ponosi fakt, ze wczoraj o pierwszej trzydzieści poszłam do łóżka, a wstałam już cztery godziny później, o szóstej trzydzieści. Upiekłam sernik kłamczuchy i ugotowałam zupę dyniową.  Trochę posprzątałam. Miałam gościa, przyjaciółkę, z którą nie widziałam się pięć miesięcy i która widziała Najmłodszego po raz pierwszy. Do tego dziecko miało atak płaczu z powodu ząbkowania. Jestem zmęczona, ale nie mogę odpuścić. Teraz jest mi trudno walczyć z sennością, by pisać, a przecież jeśli tego nie pokonam, będę musiała walczyć z sennością z innych, dużo mniej przyjemnych powodów. Jeśli teraz nie zacznę spełniać swoich snów, to kiedy? Na emeryturze? Nie wiadomo, czy dożyję przy tym żniwie nowotworów. Nie wiadomo, czy jeszcze będzie mi się chciało. Ostatni gwizdek. Za tydzień trzydzieste drugie urodziny.

Zasypiam na siedząco.

***

Godz.23.22.

Maleństwo nie śpi, bawi się z tatą. Siadam do komputera i powinnam pisać. Jednakże sprawdzam skrzynki pocztowe i kilka blogów. Internet  ze wszystkimi  dobrodziejstwami i przekleństwami to jednak złodziej czasu, rozpraszacz. Wchodzisz na internet niby na minutkę, a zostajesz godzinę. Dlatego lepiej nie wchodzić wcale, gdy ma się zamiar pisać, a zwłaszcza napisać książkę.

Internet  to ogólnie bardzo ciekawy twór – a emocje jakie wywołuje i konsekwencje, których on nie ponosi, są olbrzymie. Coraz częściej spotykam się z traktowaniem internetu jako wyroczni. Hasło: ‘W internecie tak było napisane’ – słyszę nagminnie. Przekonanie i ton głosu sugerują stosunek nabożny do tego co tam jest napisane. Jest to bezwarunkowo przyjmowane jako prawda. Dr. Google to najlepszy lekarz i farmaceuta. Można przeczytać o wszystkich chorobach i ich symptomach, a później spróbować wystawić sobie samemu diagnozę. W następnej części można  również wyszukać panaceum na te dolegliwości i rozpocząć samodzielne leczenie. Bez wychodzenia z domu. Tanio i niebezpiecznie. (Czasem drogo – pełno jest naciągaczy np. na cudownie odchudzające tabletki). Jest to w pewnym stopniu pouczające, ale w głównej mierze – zatrważające.

Internet – słowo wytrych i słowo – zasłona. Jakże często ludzie w dyskusji bronią swoich argumentów stwierdzeniem, że ‘internet tak mówi’, na poziomie zupełnie ogólnym. Nie dopowiadają kto, gdzie, na jakim portalu, gazecie, platformie, forum. Przekręcają, dopowiadają, lepią jak plastelinę wszelkie informacje z internetu , byleby stworzyć wiarygodnego, oczytanego, mądrego, bynajmniej nie zacofanego siebie, (człowieka postępu).

Gorszy mnie natomiast ignorancja ludzi wyżej postawianych, np. lekarzy, którym nie chce się już tłumaczyć schorzenia, tylko potrafią bezczelnie powiedzieć: pani poczyta sobie w internecie. W domyśle (masz  babo receptę, to już wychodź, bo następny, a może prywatnie pacjent czeka).

Podobnie panie z rejestracji przy pytaniu o szpital bądź przychodnię, w której można zrobić badania, odpowiadają, że można poszukać sobie w internecie, chociaż to ich działka i powinny udzielić informacji. Zwłaszcza wymaga się tego od ludzi młodych. A jakby tak stanąć okoniem dla tego masowego zjawiska? Da się jeszcze być tak ‘niedzisiejszym’? Stać nas na to?

Dobrze, rozpisałam się, a tu powinnam pisać powieść. Już wychodzę stąd i idę pisać.

24.01.2015

Młodzi gniewni: internauci, youtuberzy odnoszą sukcesy, zbijają fortuny.

A człowiek ambitny, krytyczny wobec siebie stale ma jakieś wahania, rozterki. Chce udoskonalać, martwi się, że to co robi nie jest dość dobre, by to pokazać. A rządni sukcesu, bez skrupułów produkują co im ślina na język przyniesie, są aktualni, bo mnożą wpis za wpisem. Nie martwią się zbytnio o stronę merytoryczną, której nawet często nie ma. Wpis jest o kotlecie zjedzonym na obiad i maści cynkowej na pryszcze. Wklejają fotki, zakładają sami sobie fankluby, zrzeszają facebookowiczów i zbierają kciuki w górę. Są znani z tego, że są znani, czyli epatują własnym ekshibicjonizmem. Dzisiaj, jak nigdy dotąd jest on w cenie. Ciekawe do kiedy?

Młode osoby, bez większego wysiłku odnoszą stosunkowo małym nakładem sił spektakularne sukcesy w wymiarze finansowym. Boli to pozostałych, którzy się uczyli, pracują ciężko i ledwo wiążą koniec z końcem.

Nie chcę się zaliczać do grona tych ostatnich, ale tak trochę jest na razie i nie chcę by tak pozostało. Chcę to zmienić. Zmiana ma nastąpić poprzez pisanie. Powinno być ono docenione, zauważone. Chcę się realizować w tym, do czego czuję powołanie. Chcę się rozwijać w pisaniu.

Pragnę, aby mnie czytano, prócz radości pozwoliłoby mi to na niezależność. Słowem: byłabym wolnym człowiekiem.

W podobnym tonie i o rozczarowaniu niespełnionych karier w Dzisiejszej Wyborczej jest dobry tekst Dobravki Ugresic. Zgadzam się z nią. I czuję tak samo.

Świat staje na głowie. Młode pokolenia są inne. Nie doceniają wiedzy, pracy, doświadczenia starszych. Nie rozumieją żalu, które one czują. Media społecznościowe, tantiemy z reklam – to wszystko nabija portfele młodych, którzy zbyt szybko są ‘dorobieni’ i z siebie zadowoleni. Nie mają kompleksów, że czegoś nie przeczytali, nie umieją. Ich poczucie własnej wartości buduje się i mierzy grubością portfela. Często są opryskliwi, chamscy. Myśla, że są dobrzy, bo  mają kilka tysięcy fanów. I że to wystarczy na całe życie.

Brakuje refleksji, pokory.

30.01.2015

Jutro są  moje urodziny. Trzydzieste drugie. Za rok trzydzieste trzecie. W wieku trzydziestu dwóch lat J.K. Rowling  napisała pierwszą część ‘Harrego Pottera’. W wieku lat trzydziestu trzech Jack London napisał ‘Martina Edena’, swe życiowe dzieło. Jezus Chrystus w tym wieku umarł, zostawiając po sobie bogate i wielowątkowe dziedzictwo Nowego Testamentu.

A ja? Zadebiutuję?

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Jeśli przeczytaliście pierwszą część 'Ostatniego frustrata Europy' i Wam się spodobał, zapraszam już za tydzień, na kolejny smakowity odcinek: LUTY.

Pamiętaj, możesz wesprzeć moją pisaninę i postawić mi wirtualną kawę. Link znajduje się powyżej w filiżance.
Dziękuję.