22 lutego 2023

Ostatni frustrat Europy- odcinek siódmy- Lipiec

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

Lipiec

01.07.2015

Godz. 01.18.

Zasiadam do dziennika dopiero teraz, bo sprawdzałam wszystkie konta internetowe. Zakładałam też nowe, do własnej strony. I tak, mam już konto na facebooku i twitterze. Zostało mi do założenia na instagramie. Nie potrafię ich skonfigurować ze stroną. Chcę napisać do mojego administratora, ale właśnie mam problemy z połączeniem internetowym. Dlatego weszłam na dziennik, by donieść o postępach i nowościach.

Męczące są te wszystkie ‘nowinki’ technologiczne. Zabierają tyle czasu, który tracę, zamiast pisać konstruktywne teksty, np. opowiadania. Nie piszę niczego, poza zajmowaniem się ‘dociągnięciami’ ze stroną. Towarzyszą mi przemyślenia na temat języka. Przez te wszystkie media społecznościowe nasza kultura zbliża się do piktogramów. Emotikony, hasztagi, pojedyncze słowa- klucze. Takie skrótowe podejście do wszystkiego. Czy ludzkość za dwieście lat będzie potrafiła rozwinąć wachlarz emocji i uczuć? Czy piękno zdań, również długich nie zginie? Kurczymy ponownie nasz przebogaty język. Jak gdyby osiągnęliśmy maksimum rozwoju, po to by znów go redukować, sukcesywnie tracić. Od rysunków do rysunków? Nie przeczę, że to wygodne i szybkie – takie puszczenie buziek. Ale nowe pokolenia, pokolenia kciuka na telefonie, ich dzieci i wnuki  być może będą mieć problem z wyjściem z tego zredukowanego językowo świata.  Zdania wymieniane na pojedyncze słowa, a słowa w przyszłości na monosylaby? Taki kod tajemny, język skompresowanych skrótów.

                    Nie mam kasy na zrobienie e-booka. Urząd Skarbowy ma czas na wypłacenie odliczenia od podatku do końca lipca. Nie wiem, co ja sobie ubzdurałam z tym, że do końca czerwca muszą wypłacić pieniądze. Przecież mają czas: trzy miesiące; a my rozliczaliśmy się  z końcem kwietnia, a więc do końca lipca możemy się spodziewać…

Ostudziło to mój zapał. Zapłaciłam za stronę z wypłaty, której na macierzyńskim dostaję osiemdziesiąt procent, popłaciłam rachunki i nie mam kasy.  Nie wiem jak ten miesiąc przebiedujemy, przynajmniej do pieniędzy z urzędu. ..

A szkoda, bo przygotowanie e-booka ma zająć dwa tygodnie,  zanim to zrobię… A zanim będą pieniądze, to może być sierpień. A książka być może by coś zarobiła przez ten lipiec, gdyby była… Rozważam pożyczenie pieniędzy, ale honor jeszcze nie pozwala. Tylko złość mnie bierze, bo na stronie jest sklep i dobrze uwidoczniona ta funkcja, a nie działa, bo e-booka nie ma.

Chciałabym, aby ta strona i media społecznościowe były skonfigurowane           – wszystko hulało – wtedy znów mogłabym zająć się pisaniem…

Chciałabym się zajmować samym pisaniem, a tutaj trzeba zajmować się w dużej mierze promowaniem i sprzedażą. No bo inaczej klops!

godz.20.43.

Maleństwo zasnęło dzisiaj wcześniej, co za sukces!

Mogę pisać. Czy też tak macie, że zastanawiacie się nad tym jak jesteście osadzeni w momencie? W danej chwili? Czy siedzicie wystarczająco mocno?  Wszystkimi receptorami odbieracie rzeczywistość, czy tylko muskacie po jej powierzchni?

Ja chcę każdą chwilę przeżywać mocno i każdej się oddawać całkowicie. Jest to trudne, ale próbuję.

Cieszyć się pracą, obowiązkami i przyjemnościami, i świadomie je wszystkie czynić. Zaangażować się i czerpać z nich siłę, mądrość, uczucia…, satysfakcję z życia i istnienia. Cieszyć się, że to wszystko mogę czynić, a nie jestem chora. Cieszyć się, że mogę chodzić, tańczyć, śpiewać i pisać. Cieszyć się z tego, że mogę pić i przełykać oraz wydalać normalnie. Śmiać się, gryźć własnymi zębami. Cieszyć się nawet ze zmysłu powonienia, teraz kiedy kwitną bukiety lipowe i stać pod nimi i się inhalować ich miodowym zapachem.

Boże, jest pięknie. Dziękuję. Byle być zdrowym, a o wszystko inne się postaram…. Mogę się postarać … Ja sama. Bez pomocy. Mogę się starać…  Ile to ma w sobie wartości?! To ‘zabieganie o coś’ jest kuszącą perspektywą, bo pozostaje własną, niewymuszoną aktywnością, uzależnioną tylko od własnego widzimisię i potrzeb.

Możliwości? Bywają różne, ale o wszystko można się postarać. I to staranie, a nie cel, jest największą drogą rozwoju i radością.

02.07.2015

Moja strona ukończona. Konta na mediach społecznościowych założone, instagram też! Połączone, zsynchronizowane ze stroną. Wow!

Tylko e-booka brak.

06.07.2015

Mam dosyć. Gonitwa myśli. Nie mogę się skupić na pracy twórczej, bo… pieniędzy brak, stres. Druga połowa dwa razy powiedziała do mnie: możesz zacząć się szykować do pracy, bo chyba będziesz musiała.

Nic nie odpowiedziałam, ale w środku gotuję się ze złości. Sama wyczuwam sytuację, ale wciąż się łudzę… Poza tym, nie lubię jak ktokolwiek mi przypomina o tym, że będę musiała. W sumie oboje planowaliśmy inaczej, że jak się uda, to zostanę na wychowawczym. Jak się uda – i  nie tylko z moim pisaniem – bo druga strona też miała się do tego przyczynić, abym mogła zostać na wychowawczym. Na razie fiasko.

Strona internetowa niby jest, ale nie mam forsy na e-booka. Jak e-book powstanie, to będzie zbyt późno, by coś na nim zarobić. Zresztą, spodziewam się, że na starcie będą to groszowe sprawy.

Przeszukałam internet w sprawie stypendiów dla pisarzy. Znalazłam dwa interesujące. Jedno z ministerstwa, drugie z Fundacji Szymborskiej. Zamierzam aplikować. Ale wszystkie dopiero na 2016 i jesienią składa się wnioski. Rozstrzygnięcia z końcem tego roku i początkiem roku 2016. Może się załapię. Muszę napisać podanie i zgłosić projekt książki, która w ramach dotacji mam  później ukończyć. Nawet wcześniej chcę się wziąć za projekty i mieć je przygotowane, żeby nie zostawiać tego na gorący czas powrotu do pracy. Nie wiem czy zauważacie, że już piszę inaczej. Lakonicznie informuję, no i zaczynam pisać o powrocie w sposób, który czyni go bardziej prawdopodobnym niż wcześniej.

07.07.2015

Byłam na wizycie z tarczycą. Znów badania, znów wizyta stówę i leki w aptece kolejną setkę. Za miesiąc kontrola i kolejna wizyta oraz bardziej szczegółowe badania.

Mam ISBN dla bajki. Dużo siódemek.

11.07.2015

Dzidzi niedawno zasnęło, a w telewizji skończył się Bond  Świat to za mało, od połowy leciał w tle. Durny, ale jurny- jak zawsze.

Jest sobota. Starszy dziś wyjechał na obóz, właśnie dzwonił, zmęczony po pierwszej dyskotece.

Mało mnie tutaj było. Szkoda, że nie opisałam tych wszystkich emocji, które kotłowały się we mnie ostatnio. Miałam tak duży rozpęd wcześniej, a musiałam zwolnić, bo brak pieniędzy spowolnił realizację planów. Numer ISBN jest, bajka już dawno jest, okładka lada moment będzie gotowa, ale przelew na Rozpisanych.pl wciąż niedokonany, co skutkowałoby rozpoczęciem pracy nad e-bookiem. Rozważałam pożyczkę pieniędzy, ale nie chcę się prosić. Pożyczać, tym samym przyznawać się do braku, do własnych braków: zaradności, etc. Pożyczone, trzeba oddać.

Dzwoniłam do US w sprawie odliczenia od podatków. Pani powiedziała mi, że do końca lipca mają czas i że obowiązuje kolejność, kilka tysięcy osób jest przede mną. Nie prosiłam się, a podziękowałam za odpowiedź. Jednak mój telefon zadziałał. Jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam wpłatę na konto! Nie muszę pożyczać (przynajmniej na e-book), mogę go dokończyć. Od poniedziałku zaoszczędzę te dwa tygodnia lipca, no i, jak podałam na koncie BN, premiera nastąpi  31 lipca.

Niczego nie piszę, rozbija mnie fakt, że muszę wracać do pracy. Nie wiem, czy bardziej żałosne były, czy śmieszne moje nadzieje i plany… Jednak to nie słomiany zapał, nie poddam się co do strony i pokazywania twórczości, tylko taki czas mam trudny…

Z drugiej strony, wczoraj u moich rodziców opróżniałam w starej meblościance moją szafkę. Zabrałam moje dwie powieści, zbiór opowiadań, początek trzeciej powieści…  Trzy Zeszyty wierszy. Miałam  wtedy piętnaście, siedemnaście lat – bardzo wiele pisałam. Zaskakuje mnie to. Dojrzałe, może przerysowane to było, ale komu chce się pisać W TYM WIEKU? Tylko tym, którzy mają takiego pisarskiego bzika. Tym, którzy połknęli bakcyla. Tym, którzy mają to w sobie, nie mogą zapomnieć o tym powołaniu, powinności- umysł, ciało – wszystko pcha je do tego by pisać, zapisywać.

Ostatnio dużo mi się śni. Ten ostatni sen był o pogrzebie i o tym, że byłam w zakrystii. Sprawdzałam w senniku – podobno oznacza to początek nowej drogi.

Plany na jutro? Dokończyć okładkę, przeczytać umowę z wydawnictwem i ją przygotować, jak będę miała jakieś wątpliwości wysłać maila z pytaniem. W poniedziałek mam nadzieje finalizować, czyli zapłacić i wysłać okładkę (na okładce rysunek Starszego), niech to w końcu ruszy. A jak od tego się uwolnię, chcę napisać wpis na stronę na temat wyjazdów kolonijnych, obozowych… Mama pomysł.  I wybrać  cztery, pięć opowiadań- o czym pisałam już wcześniej. Poza tym wiele obowiązków; jak rozwalony kran w kuchni, który trzeba w całości wymienić, i musimy jechać po baterię, wezwać fachowca, najpilniejsze i najbardziej uprzykrzające życie, poza tym, inne.

12.07.2015

Zrobiło się parno, jeszcze do południa było rześkie powietrze i trzeźwy błękit – jak nazywam niebo i błękit , przy  spływie powietrza polarnomorskiego. A potem odmienił się wiatr na zachodni, przynosząc parne, ciężkie powietrze i zaciągając powoli niebo chmurami o dosyć chaotycznym wyglądzie: chmury ławice, białe mleko plus siwe kłaczki. Niedawno padało, w nocy ma przejść front.

Chyba będę musiała zmienić metodę pracy. Zawsze pracuję jak sowa, czyli piszę po nocy, kiedy Maleństwo zaśnie. Problem polega na tym, że Maleństwo nie chce zasnąć. I ostatnio ten stan nachodzi go około godziny dwudziestej drugiej trzydzieści. Jest to późno. Oczywiście w nocy się budzi.

A z moją wytrzymałością coś jest nie tak. Nie mogę wysiedzieć do trzeciej, drugiej, ba, nawet pierwszej w nocy! Bola mnie nogi, zasypiam. Już dwukrotnie zasnęłam na siedząco i w momencie spadania z krzesła, budziłam się. Wczoraj położyłam się w trakcie pisania na kanapie ‘dwójce’ z podkurczonymi nogami, i tak do trzeciej spałam przy świetle w niewygodnej pozycji.

Ciało daje mi we znaki, hemoglobina jest w dolej granicy, brak witamin, bo krótkie paznokcie bieleją i  wyginają się na prawo i lewo. Mój lekarz mówi, że to również efekt przebytej nadczynności, która stresuje organizm, no i po niej organizm ma huśtawkę morfologii, witamin w ciele.

Pewnie to ma związek z moją wytrzymałością. Od pojutrze rana spróbuję zrobić z siebie rannego ptaszka. Może dwa tygodnie wystarczą, aby się przestawić. Spróbuje pójść spać o godzinie dwudziestej drugiej, około, nie później niż dwudziestej trzeciej. A wstawać o czwartej rano. Zażyć leki na czczo i zjeść nie więcej niż pół kromeczki oraz zrobić herbatę i zasiadać do pisania.  Może na dobre mi to wyjdzie. Po śnie powinnam mieć chłonny umysł, nie być zmęczoną oraz mieć względny spokój, oczywiście uwzględniając przebudzanie Maleństwa.

Do szóstej są dwie godziny, a do siódmej aż trzy. Zawsze to coś, może moja wydajność będzie większa, jak nie będę przysypiać.

Podobno najgłębsza faza snu występuje od godziny dwudziestej drugiej  do godziny drugiej nad ranem.  Zasypianie po godzinie drugiej nigdy nie nadrobi tego dobrego, regenerującego i głębokiego snu, który występuje wciągu tych czterech godzin. Spróbuję, aczkolwiek nie wiem, czy będę rano przytomna.

Tak mnie morzy jakoś… Albo to już starość. Mąż mówi, że wychodzi moje pisanie do trzeciej w nocy i fakt, że od dziesięciu miesięcy żadnej nocy nie przespaliśmy normalnie. Może. Ale ja nie mam czasu do stracenia. Muszę szukać wyjścia. Dlatego zaczęłam łykać witaminę A plus E oraz  C przepisaną przez lekarza. Sama od siebie zaczęłam łykać żelazo. W sumie nie brałam żadnych witamin, a cały czas karmię. To też mnie wyjaławia. Muszę jakoś sobie pomóc i radzić. Inaczej świat mnie nie usłyszy, a nikomu nie chce się już szukać, kiedy wszyscy wkoło są zajęci promowaniem samych siebie.

Wczoraj miałam fazę  na słuchania Niemena i dziś jego piosenki i teksty pałętają mi się po głowie. Dla mnie wiele tekstów piosenek to najlepsza poezja. Muzyka podbija wartość i sens słów. Zawsze byłam bardzo wrażliwa na słowa.

Proszę bardzo, już jest dwudziesta trzecia dwadzieścia osiem, mąż zaparzył mi rooibosa, czerwonokrzew może mnie wspomoże.

13.07.2015

Wątpię, że jutro wstanę o czwartej rano by pisać, bo jest dwudziesta trzecia cztery i zaczynam pisać teraz. Nawet nie chce mi się tak spać, mam nadzieję, że Maleństwo będzie lepiej spało.

Jutro zaczynam biegać, piszę to bez przekonania. Ale  sto metrów od mojego mieszkania jest pełnowymiarowe boisko do biegania z bieżnią.  Może właśnie trochę sportu mnie uzdrowi i wyzwoli energię witalną. Niewyspanie, siedzenie przed komputerem, garbienie przy karmieniu, spanie na jednym boku, bo Maleństwo nad ranem domaga się spania na środku naszego łóżka. Biodro mnie boli i prawa strona kręgosłupa. Wstyd się przyznawać, musze jakąś gimnastykę zacząć uprawiać. Może się jutro wyrwę . Pewnie jedno okrążenie zrobię i zdechnę z zadyszką. Mam nadzieję, że karmiącego biustu nie zawieje i ten się nie urwie.

Brakuje mi tańca, mojego ulubionego, nieprzymuszanego ruchu, ale brakuje mi też ruchu w ogóle. Spacery są codzienne, ale to jest za mało, kręgosłup wysiada. Chcę wzmocnić masę mięśniową, poczuć trochę siły.

Doceniam, że jest to możliwe, jeszcze trzy m-ce temu mogłabym pomarzyć (tarczyca, tętno), byłam dętką – zobojętniała na wszystko – cieszyłam się z tego, że bez przystanku weszłam na drugie piętro. Teraz jest tych sił więcej, ale nadal mało. Jestem kompletnie nierozciągnięta. Może jutro spróbuję. Może się uda.

Myślę też o odstresowaniu. Widzę, że ten kołowrotek myśli na temat powrotu do pracy, opieki nad dzieckiem, funkcjonowaniu strony i e-booka plus brak kasy, wpędza mnie w taki stres i paraliż. Ta sytuacja dekoncentruje mnie na pisaniu. Świadomość niecałego miesiąca do końca urlopu macierzyńskiego rozbija mnie totalnie. Inne miałam plany niż powrót do pracy. Ale dobrze o tym już wiecie.

Z drugiej strony, wiem, że może pierdolę trzy po trzy, bo gdybym nie miała na chleb, to ta praca byłaby błogosławieństwem. Punkt widzenia zmienia się z punktu siedzenia . Hmmm,… To jest  prawda.

Tak szybko się przyzwyczajamy, że  nawet coś , co kiedyś się ceniło i człowiek cieszył się z tego, dzisiaj jest smutnym obowiązkiem, koniecznością.

Muszę wyluzować. Może wybiegam ten stres, frustrację. Może znów będę mogła myśleć o nowych opowiadaniach z pełnym oddaniem, zaangażowaniem. A poddam się temu co będzie. W końcu co ma być, to będzie… Skupić się spokojnie na tym ,co mogę zrobić teraz.  Na e-booku.

Zaraz wejdę na skrzynkę i napiszę do pani w sprawie e-booka. Oby. W końcu. Od dwóch dni nie mogę tego zrobić.

14.07.2015

Przebiegłam sześćset metrów!

20.07.2015

Czas przecieka mi przez palce. Starszy na obozie, obiecywałam sobie wiele, a tu wiele nie wynika. Gotuję, piekę, piorę kołdry i poduszki, dobra pogoda jest, to schnie. Opiekuję się Najmłodszym, który zrobił się ruchliwy, chce wstawać. Mało śpię w nocy. Osłabiona jestem, dzisiaj wstałam z bólem gardła, zaglądałam i czerwone ono jest, zanadto.

Brakami własnych postępów, a przede wszystkim brakiem możliwości ich czynienia, przez wyżej wymienione punkty, podłamana jestem, nie potrafię się spiąć. Rozjeżdżam się jak zużyta miotła. Zasypiam na sofie przy komputerze, nogi mnie bolą, jest druga faza cyklu. Chce mi się jeść na przemian czekoladę i słone paluszki.

Jest dwudziesta trzecia dwadzieścia dwa. Nie biegałam od ostatniego razu.

21.07.2015

Już wam kiedyś pisałam jak krucho jest z forsą. Dobrze, że teraz warzywa są takie tanie, np. ziemniaki na targu po sześćdziesiąt groszy. Ziemniaki młode, pyszne. Nie dość, że tanie, to możliwości ich użycia i wykorzystania są nie do przecenienia. Już dawno myślałam o napisaniu ody do ziemniaka.

Ziemniak wiele razy ratował naszą rodzinę, czy moją w dzieciństwie, która posiadała własne ziemniaki. Jesienią urządzało się wykopki u nas i u babci, no i się zbierało. Z siostrami konkurowaliśmy na znalezienie największej sztuki i druga kategoria: najśmieszniejszej.  Każdy maił swój wykopany rządek do obzbierania i po dwa wiadra na segregację, na ziemniaki małe, dla zwierząt i normalnej wielkości. Później, po zwiezieniu ton ziemniaków z pola, na zakończenie piekło się te ziemniaki w garze razem z buraczkami , marchewką, koperkiem, cebula, boczkiem i kiełbasą, na liściach kapusty, w dużym garze, przystosowanym do pieczenia pieczonek na ognisku, bo u nas tak ta potrawa się zwie. Lub robiło się placki tarte z dużą ilością młodej cebuli.

Ziemniaki, którą miałyśmy całą piwnicę, ratowały nas zima, np. nie raz po szkole, jak mama była w pracy, robiłyśmy frytki.

Ziemniaki bardzo mi smakują, np. teraz cienko oskrobane i ugotowane uwielbiam jeść z koperkiem i buraczkami oraz jajkiem sadzonym. W innej wersji młode ziemniaki ze skórką, zapiekam w piekarniku z rozmarynem i innymi przyprawami. Mniam. Nie mówiąc już o bazie zup, np. barszczu białego, żurku, który ja gotuje bez mięsa, bo prócz ryb nie jadam innego, więc te ziemniaki są ważne i koniecznie dużo majeranku!

Placki ziemniaczane, frytki, kluski śląskie i tarte, pieczonki pieczone na gazie bez mięsa w garnku żaroodpornym, też na liściach kapusty, z suto okraszone koprem i polane olejem zamiast smalcu. Do tego kefir i żyć nie umierać.

Ziemniaki, duże sztuki, podgotowane i zapiekane w foli, podawane z sosem , np. czosnkowym. Ziemniaki pieczone w popiele żaru ogniska. Zjadane gorące z solą. To był smak. Mój smak dzieciństwa. Robiliśmy ognisko przy drodze, przy pniu wyciętej topoli, parzyliśmy sobie palce tymi ziemniakami i biegali po nocy z patykami z upalonymi końcówkami od żaru i takimi pisakami pisaliśmy esy floresy na niebie. Było pięknie i taki kontakt z naturą, do tego prawdziwe poczucie wspólnoty. A teraz wszędzie wysokie płoty  z tabliczkami: uwaga zły pies. Każdy w domach pozamykany.

I bynajmniej ziemniak, to nie jest tani zapychacz! Ziemniaki bez tłuszczu są bardzo zdrowe i mało kaloryczne. Ciepłe ziemniaki, nie omaszczone niczym, saute, leczniczo działają na bolący żołądek. Zajadajmy się młodymi ziemniakami. Są tak powszechne, że aż zbyt mało doceniane w Polsce.

O! A ziemniak ze śledziem w oleju! To dopiero jest zestaw, obowiązkowy. Ciekawa jestem Waszych ulubionych potraw z ziemniaków.

Oddam królestwo za dobrego ziemniaka

              Książka dla dzieci właśnie jest w trakcie korekty, po jej zatwierdzeniu przeze mnie, zostanie oddana do konwersji i to potrwa tydzień.

Dzidzi raczkuje!

22.07.2015

Nie pisałam tu o Grecji, o tym całym cyrku z zadłużeniem, wychodzeniem ze strefy Euro i wchodzeniem. O tym medialnym balonie. Referendum. Tu mnie trafił szlag, bo post factum okazało się, że wydane sto milionów Euro przeznaczone na referendum, zostało wyrzucone do kosza. Grecy opowiedzieli się przeciwko Unii  w referendum, a ich premier Tsipras ostatecznie przystał na warunki postawione przez Unię w negocjacjach. To po co było to referendum? Ten cyrk ? Pytam się?100 MLN MOGŁO RÓWNIE DOBRZE PÓJSĆ NA SPŁACENIE DŁUGU lub na chore dzieci.

Dziś kolejna wiadomość- o sprzedaży wysp. Johnny Depp kupił jakąś mała bezludną grecką wyspę, kolejną zamierza Angelina Jolie. Akurat ona, społecznica wielka, dlaczego węszy na czyimś kryzysie własny biznes? Dlaczego Grekom nie pomoże, a już chce ich rozkraść… to nic, że za kasę i że zapłaci podatek. Po prostu nie wszystko jest i nie powinno być na sprzedaż.

23.07.2015

Nasze mieszkanie usytuowane na drugim, ostatnim piętrze jest w dobrej lokalizacji, wśród zieleni. Tylko z okna balkonowego, częściowo w oddali jest przed nami widoczny w jednej trzeciej jego części, następny blok. Akurat  jest to jego strona południowa, cala w balkonach. Ile to można się dowiedzieć z tych balkonów po kilku miesiącach mieszkania.  Te balkony obiektywnie są wąskie, a długie, tak, że lokatorzy muszą siedzieć jak w tramwaju, w rządku, wianuszek wokół stolika już nie jest możliwy. Na ścianach zewnętrznych większość ma zainstalowane sznury na pranie, nieliczni wynoszą przenośne suszarki.

Nie znam tych ludzi, nie wiem gdzie pracują i ile zarabiają. Ale inne rzeczy o nich wiem.

Pani z parteru nosi bieliznę 4XXXl, bo na sznurze wiszą co chwila ogromne majtki i koszule nocne. Lubi też kwiatki, niezliczona ilość kwietników, doniczek na poręczy i posadzce. Pani z naprzeciwka ma drewniana ławkę, i kwietnik z pnia brzozy na którym czerwienią się pelargonie. Lubi siadać na tej ławce w weekend i się opalać, odwracając twarz za słońcem, gdy ono zmienia kierunek. Pani obok niej samotnie wychowuje córkę, chyba. Bo są we dwie. Ascetyczny wygląd balkonu, pusty, nie licząc sznura na pranie. Lubi ona rano wychodzić na balkon z okrągłym lusterkiem i oglądać swoją twarz i pierwsze siwe włosy. Jest ładna, ma indiańską urodę i figurę nastolatki. Ładne ciuchy, indiańskie, suszy na sznurze.

Pani z drugiego piętra ma dwie córki, na oko – gimnazjalistki, jest bardzo dobrą gospodynią, co chwila wietrzy kołdry, owcze skóry, wynosi pranie i biega z konewką podlewając kwiaty, które pomiędzy suszarkami wyglądają promieni. Na ostatnim piętrze mieszka fajna rodzina, małżeństwo ze stażem, wieczorami siadają przyklejeni do murów z  napojami  i gawędzą ze sobą, wyglądają na szczęśliwych i mających o czym ze sobą rozmawiać!

Czym starsze lokatorki, tym bardziej balkon ukwiecony.  Jedna starsza pani lubi obierać warzywa na obiad na balkonie. W większości królują kobiety.

Inna szalona matka o szóstej rano rozwiesza pranie, i prań w ciągu dnia robi kilka, bo zmienia je na nowe, jak podeschną, te wyrzucone trzy godziny wcześniej.

I żeby nie było, nie siedzę z lunetą przy oknie, jak karmię małego, czy się z nim bawię i patrzymy na okno, czy na balkonie nie ma ptaszków, i.t.p. W przelocie, kiedy sama wyjmuję pranie, po prostu się zauważa. Już wiem, kto gdzie mieszka, jakie lubi kwiaty i jaki ma gust po roletach, firankach, ciuchach; poza tym, nie wiem nic. Ale mam taki spektakl marionetek codziennie. Występują na swych małych scenach. Gdy się siedzi w domu, to się zauważa takie rzeczy.

23.07.2015.

Złapałam się na tym, że ja piszę o pisaniu, o znajdywaniu na nie czas z jakimś kompleksem. A przecież to jest praca.

Nie chcę rodziny, dzieci okradać z czasu, który według mojej oceny powinien być im poświęcony, jednakże jak pójdę do pracy, do biura, moja absencja będzie usprawiedliwiona, bo co? Bo przyniosę forsę?

A gdybym dostawała pieniądze za pisanie (to też jest praca), to dalej miałabym takie poczucie winy z tym czasem i pisaniem, a inni problem, czy już nie?

Gimnastykuję się z tymi planami, wykrawaniem czasu na pisanie, pobudki o czwartej, przy nocy poszatkowanej karmieniami piersią. A tak naprawdę, wystarczyłoby, gdyby niania przyszła na trzy, cztery godziny dziennie do Młodszego, a ja mogłabym się wyłączyć i pracować przy laptopie ten czas, z rana. Jak Starszy będzie w szkole. Tylko, kto to za to zapłaci? Kto dołoży do tego nieopłacalnego biznesu nikomu nieznanej dziewczyny z manią pisarską?

Przecież tak pracują mamy, mające np. własne firmy, albo teściowe i mamy bawią dzieci (z obserwacji), albo nianie lub przedszkole dla starszych. Gdybym miała ten komfort, np. trzy godziny na pisanie, ale nie po to, by myśleć o tym, że muszę ugotować i puścić pralkę- czas przeznaczony wyłącznie na pisanie. Byłoby to coś pięknego. Z pewnością dużo  więcej bym stworzyła.

A tak? Z poczuciem winy, wywołując stan nieprzytomności umysłowej na następny dzień, piszę po nocy, wyrywam te chwile, bo na nic innego nie mogę sobie pozwolić ani liczyć. „Umiesz liczyć? To licz na siebie” jest takie powiedzenie. Prawdziwe.

27.07.2015

Dostałam książkę po korekcie do akceptacji. Nie z  wszystkimi poprawkami się zgadzam, toteż napisałam do pani z wydawnictwa, z którymi tak, a którymi nie. Robi wrażenia taka korekta, wypunktowane  błędy, najczęściej szyk w zdaniu. Niektóre przymiotniki pozmieniane, z czym częściowo się nie zgadzam. Zbyt szkolnie mi się wydaje, a nie o to chodzi w pisaniu. Jak słyszę melodię zdania, to wiem, że jest dobrze, odpowiednio. Jest to niewątpliwe pierwsze moje doświadczenie tego typu.

Napisałam również krótką notkę o książce do zapowiedzi i promocji. Dostałam maila zwrotnego, że pani do dwudziestego dziewiątego lipca jest na urlopie. Dopiero po tym terminie liczę na odpowiedź i ustosunkowanie się do mojej oceny korekty i poprawek, no i ta konwersja powinna ruszyć, także premiera nie wcześniej niż po trzecim sierpnia. Ale to wszystko się przedłuża.

A teraz będę czytać wybór własnych opowiadań, raz jeszcze  i mam zamiar rozesłać je po wydawnictwach. Może do końca lipca roześlę chociaż część.

29.07.2015

W grubym zielonym brulionie pisałam adresy i wymagania dwudziestu dziewięciu wydawnictw. Tak porządnie, żeby nie szukać w przyszłości ,tylko mieć gotowe, pod ręką i wysyłać w razie potrzeby. Poszukiwanie i wypisywanie zajmuje bardzo dużo czasu. Większość przyjmuje propozycje mailowo, dwa wydawnictwa  chcą wersję papierową.

Zaskoczył mnie czas oczekiwania na odpowiedź. Na  przykład Wydawnictwo Literackie daje na odpowiedź pół roku. Uważam to za przesadę.

31.07.2015

Pani z platformy  Rozpisani namawia mnie na książkę papierową. Nie wiem, czy to taka kokieteria,  czy prawda, że tak jej się bajka podoba. Pani napisała, że szkoda tak fajnej bajki tylko na e-booka, bo te sprzedają się gorzej, a poza tym jest okładka, no i że pogada z typografem, może za pół ceny zgodzą się mi taką ofertę przygotować.

Schlebiło mi to, nie ukrywam. Mam nadzieję, że nie jest to tylko chęć zarobku, a prawda.

Jutro pierwszy, i żołądek mi skręca na myśl o sierpniu, ostatni miesiąc macierzyńskiego…

……………………………………………………………………………………..

Jeśli mnie czytasz, zachęcam do postawienia mi kawy.

Dziękuję!

  15 lutego 2023

Ostatni frustrat Europy- odcinek szósty- Czerwiec

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

Czerwiec

03.06. 2015

Godz.00.55

Jeszcze drugiego zaczęłam jedno opowiadanie i właśnie je skończyłam. Jedno z lepszych. Objętościowo już mam więcej  tekstu opowiadań niż tego dziennika. Podoba mi się moja płodność. Jedyny feler, że jestem taka śpiąca.

Byłam u lekarza z tarczycą. Na stówę mam Gravesa- Basedowa. Pani profesor dała mi namiary na profesora okulistę, ma sprawdzić, czy mam wytrzeszcz.

Byliśmy na pizzy w rustykalnie wystrojonej restauracji. Fajnie było. Jutro przyjeżdżają nam macherzy od internetu. Nikt z wydawnictw się nie odezwał.

Idę spać.

Godz.23.00

Chyba niedługo się zabiję. Jakieś fatum mnie ściga. W sobotę uderzyłam się w  kuchni o kant szafki w głowę, mam guza i było to bardzo bolesne. Dzisiaj spadły na moją głowę znienacka drzwi przesuwne z szafy Ikea, ciężkie jak cholera. Uderzyły mnie z boku, od strony guza i  skroni. Mam napuchnięty łuk brwiowy. To był taki szok, w szyi mi coś chrupnęło, głowa mnie lekko boli  i kręci mi się w niej, prawe ucho się zatyka i odtyka. Miałam szczęście, że szyba nie pękła i nie przecięła mi skóry, nie zabiła.

Powinnam uważać. Takie rzeczy mi się nie zdarzały, a teraz raz za razem. Do trzech razy sztuka… Oby nie.

Od dzisiaj mamy zainstalowany internet w mieszkaniu, normalnie postęp. A wiecie, że teraz po tym kiedy włączam komputer nie otwieram przeglądarki (a zaczynałam od tego), tylko pliki Word? I w taki sposób tekstu mi przybywa.

Dzięki temu może jeszcze dziś w nocy wyślę bajkę do ekorekta24. Tekst na  e-booka musi mieć korektę. Redakcję zrobię sama.

Wątpię w to, że jeszcze któreś z wydawnictw się odezwie, choć został tydzień. Dziesięć wydawnictw przemilczało bajkę. Chyba wiem, gdzie tkwi przyczyna, uważają ją za zbyt ambitną i za bardzo refleksyjną, a nie wesoła i pogodną, w sensie ‘dziecinną’. Jest to przykre, ale jakoś mnie nie dziwi – chyba pisane są mi e-booki, a nie książka papierowa na razie i to będzie moja droga.

Wydawnictwa self- publishingowe chyba są zbyt drogie. Wolę mieć stronę i samemu dobrowolnie sprzedawać e-booki. Więcej zarobię, tylko zasięg i promocja będzie mniejsza.

16.06.2015

Jest  godzina dwudziesta druga  szesnaście  i zasiadam do dziennika.

Zaklinam czas. Zostało mi tylko dwa miesiące macierzyńskiego i dziewięć dni. Dwa tygodnie przed końcem urlopu rodzicielskiego muszę się określić, czy wracam do pracy, czy nie.

Łudzę się nadal, że nie.

Nigdy nie miałam tendencji, do tworzenia się podków pod oczyma, i pomimo pracy zmianowej, nie tworzyły mi się. A tu teraz nagle się pojawiły. Dziecko się budzi, a ja, mimo to zarywam noce na pisanie do drugiej, trzeciej nad ranem, nieraz czekam kiedy się obudzi w środku nocy. I wtedy się kładę, bo ostatnio później zasypia, np. dziś zasnął pół godziny temu, więc pierwsze budzenie być może będzie o drugiej- trzeciej. Jak nie pije soczków i koktajli, a wodę, to lepiej śpi, nie ma takiej rewolucji w jelitach i budzi się rzadziej.

Karmiąc go, wpadłam na pomysł co do moich opowiadań. Bo dawano mnie tu nie było i nie wiecie jakie są postępy z wydawaniem, własną stroną – a są. Być może zaraz je opiszę, ale najpierw, żeby mi nie umknęło. Do końca czerwca wyślę próbkę zbioru opowiadań – myślę około czterech, pięciu – do wydawnictw z pytaniem czy są zainteresowani wydaniem zbioru opowiadań. Chcę zyskać na czasie. Ponieważ cały zbiór chciałabym ukończyć do końca sierpnia, a we wrześniu myśleć o stworzeniu e-booka i jego sprzedaży na własnej stronie internetowej. Mam ochotę wyszukiwać wydawnictwa, nawet te najmniejsze, niszowe, może kogoś moje opowiadania zainteresują, bo naprawdę niektóre są świetne, nawet nie wiem jak to się stało, że przyszły mi do głowy i ja je napisałam. Średnio wydawnictwa zastrzegają sobie czas trzech miesięcy do rozpatrzenia propozycji wydawniczych. Wiem, że wakacje ten czas może nieco wydłużą, ale jeśli do piętnastego września nie będzie żadnego odzewu, to spokojnie mogę tworzyć e-booka  i z końcem września rozpocząć sprzedaż, bo raczej nic się nie zmieni. A towarzyszy mi poczucie, że jeżeli opowiadania się spodobają, to któreś spośród nich odezwie się wcześniej.

Chodzi mi o to, aby dać sobie szansę bycia wydaną w wydawnictwie tradycyjnym, gdyż zawsze to jest większy rozgłos dla debiutanta i prestiż oraz szansa choćby na nagrody, choć nie one są tu najważniejsze, a pozyskanie czytelnika. Dlatego wyślę już w czerwcu najlepsze opowiadania i będę wiedziała na czym stoję. A nie czekała do września, rozsyłała, a potem de facto czekała trzy miesiące, prawie do świąt Bożego Narodzenia na informację. Jeśli by takowa informacja nie nadeszła, tworzenie e-booka i jego sprzedaż odbyłaby się kilka miesięcy później. A dla mnie poszczególne miesiące, najbliższe są na wagę złota. Jeśli wcześniej mogę wydać i zarobić, a dzięki temu pracować nad nową książka, tym lepiej.

Jest to niezwykle płodny czas, im mniej zostało mi czasu, tym mam większe tempo. Cała ta adrenalina, niepewność stymuluje mój mózg i jest pobudzony jak po podwójnym espresso. Dlatego piszę, piszę po nocach, bo żal, aby te wszystkie myśli pouciekały, powstawały w mej głowie na darmo.

Jeśli chodzi o bajkę, to żadne z dziesięciu wydawnictw się nie odezwało. Teraz liczę na siebie i nie zostawię tak tego. Czy wiecie  że  Pippi Långstrump Astrid Lindgren nikt nie chciał wydać przez dwa lata? Takich pomyłek, ociągania się wydawców w historii literatury było więcej.

Bajkę zamierzam sprzedawać z własnej strony oraz przez Rozpisanych.pl – twór wydawnictwa PWN, zajmujący się prywatnym wydawaniem książek oraz ich dystrybucją z możliwością odpłatnej reklamy także.

Konwersja takiego tekstu na e-booka to koszt dwustu trzydziestu złotych, do tego dochodzą koszty korekty, która jest obowiązkowa i zależy od objętości tekstu. Myślę, że do pięciuset złotych się wyrobię, to nie jest tanio, no, ale w tym będzie dystrybucja. Feler – pięćdziesiąt pięć procent zysków pójdzie do mnie, czterdzieści pięć do wydawnictwa. Ale na własnej stronie sprzedając- sto  procent przychodu będzie zostawało w mojej kieszeni.

Może i inni zarobią, ale w tradycyjnym wydawnictwie też tak jest, autor tak naprawdę od egzemplarza  ma około  dwóch  złotych polskich. No a książka kosztuje około trzydziestu  złotych na przykład.

Ale potrzebuję korekty, konwersji –  pomocy – chyba to jest dobry wybór.

Dla mnie jest teraz najważniejsze wydawanie i zarabianie na tym, co napisałam. Nie rozpisuję się tu teraz na temat satysfakcji z pisania, bo to uczucie nie znika. Ale za nie, nie kupię pieluch dziecku, ani nie zapłacę za obiady. Nie zapłacę czynszu oraz gazu, prądu, rachunku za telefon, internet, etc.

Nie mam czasu na to by teraz nie być progresywną. Teraz taką muszę się stać.

Podkowy… Chyba będę musiała kupić puder na wielkie wyjście, czy do zdjęć, żeby jakoś to zatuszować, tę moją pisarską orkę po nocach. (Zapomniałam. Nie chodzę na wielkie wyjścia).

Aha. Robię stronę. Ale o tym jutro, bo właśnie zasypiam. Kilka godzin spędziłam na podwórku z dziećmi – przed południem i po południu. Słońce wyssało ze mnie wszystkie soki, tyle się naspacerowałam, napchałam wózka…

Muszę jeszcze opisać historie wydawnictwa chętnie wydającego debiutantów, ale za ich własne ‘grube’ pieniądze. Na to mnie nie stać, o nie. I nie o to mi chodzi, by do książek tyle dokładać, a wesprzeć je, ale zarabiając, bo serio nie stać mnie na taki interes. Gra nie wydaje mi się warta świeczki. Wychodziło na to, że więcej wydam, niż mam szansę zarobić. Nie opłaca się to. I nie stać mnie na to.

A teraz już naprawdę nie mogę wytrzymać, a jeszcze muszę napisać maila.

17.06.2015

Nie mogę się załamać… Nie mogę się poddać.

Druga połowa oczekuje większego zaangażowania w swoje- jego plany. Kibicuję mu, ale nie mogę tak mu pomóc, jakby chciał, bo dla mnie już nic nie starczy. Wyrywam momenty na pisanie, a o pisaniu myślę prawie stale, bo przebłyski wśród potoku zajęć i oddania dzieciom są cały czas. Gdy tylko mogę bezkarnie myśleć o książkach, opowiadaniach, to odbiegam myślami właśnie do nich.

Druga połowa chce, abym pisała, to na pewno, ale jakiś niewypowiedziany zarzut wisi w powietrzu, jakaś pretensja ledwo uchwytna.

Nie zostawię tego. Nie porzucę tego, co już zrobiłam.

Nie jedziemy na wakacje, jak typowa polska rodzina, bo większość jednak nie stać na taki luksus. Wysyłamy Starszego na obóz w góry. Ma pobierać m.in. naukę gry w tenisa i pływania. Obóz dwutygodniowy. Dobrze, że przynajmniej on coś będzie miał z tych wakacji. Bez wątpienia sobie zasłużył, średnia ocen: 5, 0. Pięknie. Jestem z niego dumna, a jakże.

Ale nie boli mnie to jakoś bardzo, że nie pojedziemy, choć żal mi Maleństwa, że nie pobawi się w piachu plaży. Za rok może już się uda.

Jestem w samym ogniu działania, to mi teraz leży głównie na sercu. Tak jak wczoraj wspominałam – zamówiłam stronę internetową. Przeczesałam internet i znalazłam tanie stronki. Gościu oddał mnie swojemu koledze i on podjął się zrobienia strony w wordpressie. Cena to osiemset zł. Wezmę z wypłaty i becikowego, bo w piątek dostaniemy (dopiero) oraz może część z odliczenia PI- u na dzieci. Odliczenie podatku i becikowe ratuje mnie tu, bo inaczej nie miałabym skąd wziąć forsy. Traktuję to jako inwestycję, dlatego nie mam poczucia, że okradam dzieci. Do dwóch tygodni strona powinna być gotowa.

Tak samo czekam na pieniądze, aby wysłać bajkę do wydawnictwa i zapłacić za korektę oraz przygotowanie e-booka. Szwagier, artysta malarz przygotowuje mi okładkę. Jak tylko skończy i jakaś kasa pojawi się na koncie wysyłam do Rozpisanych. Chyba to jest dobre wyjście, skoro zapewniają dystrybucję. Będąc anonimową debiutantką, ciężko jest się przebić.

Czerwiec jest taki gorący. A ja zestresowana, z zesztywniałym karkiem, napiętymi mięśniami, że aż bolą. Garbię się przy tym komputerze niedospana. Ale walczę…

Nie zrezygnuję z siebie, nie zrezygnuję z tego co mi w duszy gra! Czuję, że nie wolno mi tego robić!

           Opiszę jeszcze wymianę mailową z innym wydawnictwem self-publishingowym. Rozpisałam się z miłą panią, która bardzo zachęcała mnie do wydania u nich, a że nie przesyłam tekstu , tylko zadawałam pytania, szanowna pani wyliczyła mi, że przykładowe pięćset egzemplarzy książki papierowej stustronicowej kosztuje około sześć i pół tysiąca. Przy tysiącu egzemplarzy cena spada do ośmiu tysięcy sto polskich złotych.

Po tej informacji wysłałam swoją bajkę, którą oceniła na czterdzieści stron czcionką New Times Roman, rozmiar  trzynaście i pięćset egzemplarzy będzie kosztowało  pięć tysięcy sześćset złotych (!). A tysiąc egzemplarzy– sześć tysięcy osiemset pięćdziesiąt złotych.

Moja bajka objętościowo jest mniejsza o sześćdziesiąt stron od pierwszej oferty, a tu taka cena, taka przebitka.

Podziękowałam. Za ile musiałabym sprzedać każdy egzemplarz, żeby mi się to zwróciło?

Nie mam takiej manii wielkości, żeby płacić krocie, ażeby moja książka leżała na półkach.

Dlatego wybieram tańsze rozwiązanie: e-book. Wyjdę z książka do ludzi w sieci, których przybywa coraz więcej, a dalej zobaczymy, jak się to rozwinie.

Akacje przekwitły, zaczynając kwitnąć jaśminy. Narwałam bukiet do domu. Stoi na parapecie  w kuchni i pachnie.

19.06.2015

Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się zjeść gotowaną fasolkę szparagową przysmażona na maśle z kaszą manną?

Nie?

A mnie właśnie tak, wczoraj na kolację. Ponieważ mąki i wszelkiej maści sypkie produkty w obawie przed molami trzymam w słoikach, to pomyliłam słoik z bułka tartą i kaszą manną, którą często używam do posypywania brytfanny przy pieczeniu ciasta. Smakowała bardzo dobrze. Byłam zaskoczona EFEKTEM.

Ciekawe, ile ciekawych połączeń, smaków powstało poprzez nieuwagę, wypadek?

Podobno ciasto Brownie właśnie ma taka genezę. Gosposia zapomniała dodać do ciasta czekoladowego proszku do pieczenia. Zwyczajna skleroza, a powstał taki wynalazek! Znakomity deser.

Pan od strony przesłał mi na maila zrzut pierwszej strony- screen. Szybko, ale będzie zmiana kolorystyki.

22.06.2015

Dzisiaj zakończyła się szósta sprawa sądowa w moim życiu. Ta, po trzech latach. 

Wiem jedno, sprawiedliwości się nie do sądzi w polskich sądach, cały poświęcony  czas, trudy wszelkie, drobiazgowa dokumentacja nie są ważne. Ważne jest tylko to, co się wydaje sądowi i co wypada, co jest ogólnie przyjęte, a tak naprawdę niewzorcowych sytuacji…

Ach, nie warto tu nawet o tym pisać. Już kiedyś tutaj wspominałam ze Wymiar Sprawiedliwości to jest Domiar Niesprawiedliwości. Tego doświadczyłam. Rozumiem  pokrzywdzonych i rozgoryczonych polskim prawem, orzekaniem, sędziami. Naprawdę.

Ale na dzisiaj- nie, że  jestem szczęśliwa, absolutnie; ale troszkę wolna. Sprawa wisiała nade mną jak bicz, nie muszę o tym myśleć, że jutro jadę do tego przeklętego sądu.

Zrobiłam spis treści bajki, drugą stronę po tytułowej. W czwartek będę z siostrą dopracowywać okładkę i w piątek może już wyślę do Rozpisanych. Muszę napisać sama do Biblioteki Narodowej o nadanie numeru ISBN.

27.06.2015

Godz.01.09.

Mam stronę internetową! Właśnie z niej wyszłam, bo odebrałam i uczyłam się obsługi. Skonfigurowałam pocztę. Muszę założyć facebook, instagram, twitter- bo zdecydowałam o tych mediach, po to, by poszerzać kręgi i możliwości dotarcia do potencjalnego czytelnika.

Dobrze, że dzisiaj wpłynęła wypłata, bo zapłaciłam od razu za stronę. Z becikowego reszta kasy już dzisiaj poszła. Generalnie popłaciłam rachunki, raty, czynsz i to nie wszystkie i zostało mi  pięćset zł! A jeszcze są rzeczy do zrobienia i zapłacenia…. Z czego tu żyć?

Ale strona jest, stronka kochana, własna – naprawdę cieszę się ogromnie, że jest. Czuję, że to była słuszna decyzja, i poślednio dzięki niej również nastąpi  zawodowy przełom w moim życiu.

O numer ISBN nie składałam podania, bo żyłam stroną, byłam w kontakcie z twórcą, trochę tego pisania wzajemnego się odbyło.

Do tego dzisiaj, jak wiadomo odbyło się zakończenie roku szkolnego. Wczoraj po to, by godnie uczcić to zakończenie, piekłam w nocy ciasto- niespodziankę dla syna, umyłam włosy – poszłam po trzeciej spać. Chciałam się postarać, być przygotowaną. Mąż poszedł na zakończenie, a ja zostałam z chorym Maleństwem.

Przyjechała moja mama; kiedy mężczyźni wrócili z akademii, było oglądanie, opowiadanie, gratulowanie, odświętny wystrój, kawa i ciasto. Truskawki z działki Mamy i egzotyczny arbuz. Synuś ma wakacje, a rodzice też… Nie trzeba tak wcześnie wstawać (brrrr) Siedzę po nocach, nad ranem najlepiej mi się śpi.

Nareszcie trochę wolności…

……………………………………………………………………………………………

Jeśli Ci się podobało, możesz mi postawić kawę.

Dziękuję.

  8 lutego 2023

Ostatni frustrat Europy- odcinek piąty- Maj

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

Maj

01.05.2015

Wow! Rozpoczęła się majówka, ale ja jej nie czuję. Zachmurzone, deszczowe niebo i porywisty wiatr, to nie dobrze jest. Fakt, że Starszy nie poszedł dzisiaj do szkoły, pomógł mi tylko odnotować ten fakt.

Włączyliśmy Trójkę późnym popołudniem, no i leciała lista POLSKIE TOP WSZECH CZASÓW. Zwyciężyła Autobiografia Perfectu, dla mnie tym top jest Biała Flaga Republiki, która dzisiaj była trzecia. Ale polskie piosenki, uwaga, tylko polskie, z cudownymi tekstami do słuchania i kontemplacji; czyż Modlitwa Breakout do takich nie należy? Nie potrzeba stricte piosenki poetyckiej by odnaleźć poezję w  dobrym bluesowym kawałku, czy innych. A Jolka, Jolka pamiętasz Budki Suflera? Jakie to epicko- grafomańskie jest. Ulubiony fragment mego męża brzmi: z autobusem arabów zdradziła go…  Można tylko mruczeć z zadowolenia.

Tańczyłam! Robiłam performance, a synowie patrzyli  na mnie i mieli ubaw. Jak ja kocham taniec! Później przypomniałam sobie, że w telewizji będzie program Taniec z gwiazdami. Jest to jedyny program z serii ‘reality’ i ‘celebrity’, który oglądam. Chętnie wzięłabym w nim udział. Telewizor nie jest podpięty tak jak trzeba, antena wisi na drucie i kręciłam tą antena by złapać program. Lubię te choreografie w których jest więcej tańca, niż show.

Nie mamy internetu nadal, nie siedzę i nie czytam przy kompie, tylko zasiadam by pisać. I to jest pozytyw. Piszę ten dziennik, myślę o opowiadaniu, chyba w końcu je napiszę (w mej głowie jest cudne, trudno będzie tak przelać na papier).

Uważam , że mam talent do wybierania tytułów. Tytuł  wymyślonego ostatnio opowiadania będzie następujący: Elvis w szafie. Następnie  Mydełko Fa. Mój wcześniejszy zbiór nosił tytuł Maski teraźniejszości. Niewydane książki, to: Umrzeć na U2, A Będziesz Mój. Tylko do mojej książki historycznej nie mam tytułu, roboczo nosi: Cecilia Sacullotti, od głównej bohaterki.

Z wydawnictw cisza.

Słuchajcie. Gdybym nie była podszyta pisarstwem, to nie tworzyłabym tego wszystkiego. Nie pisała o tym, nie wymyślała, tworzyła, przeżywała.

Idę spać. Padam.

02.05.2015

Ważyłam się w aptece. Schudłam dwanaście kilo w trzy miesiące. Tym turbo spalaczem  jest nadczynność tarczycy. Nie polecam.

Jestem zmęczona. Dziecko od dwóch tygodni budzi się po pięć razy w nocy.

Księżna Kate urodziła córeczkę. Gratulacje. Ale ta cała histeria wokoło royal baby to przesada. Dwa lata temu było jeszcze gorzej. Pielęgniarka popełniła samobójstwo. Ci wszyscy koczujący pod szpitalem; czy nie widzą, że co dzień rodzi się wiele dzieci, a na niektóre z nich nikt nie czeka, nawet właśni rodzice? Gdyby ci wszyscy spragnieni tej dobrej nowiny adoptowali po jednym dziecku, wszyscy by na tym skorzystali.

Ludzie! Przecież temu dziecku niczego nigdy nie będzie brakowało! Dostatek, luksus, znajomości; pozna ludzi i zobaczy miejsca o których inni mogą tylko pomarzyć.

Wiem, nie to jest najważniejsze w  życiu, a miłość. Ale ono może mieć to i tamto, a niektórzy tylko ‘to’. Mój mąż mówi, że ta histeria to brytyjska specyfika i my nigdy tego nie zrozumiemy.

Upiekłam carrot cake, czyli ciasto marchewkowe, bardzo popularne w Anglii! Zupełnie przypadkiem, to nie na cześć księżniczki.

Po łbie pałęta mi się kawałek Abby: One of us.

Agnetha z Abby ma wrażliwość Marilyn Monroe, a Britney Spears ma bardzo podobny uśmiech do Marilyn. O, napisze jeszcze kiedyś o niej.

03.05.2015

Szóstego  maja będę mieć usuwanego zęba mądrości. Już drugiego. Rozbija mnie to. Boję się. Po usuwaniu pierwszego już się dygam, wtedy podeszłam do tego na luzie, a potem okazało się, że o mało szczęka mi wypadła z zawisów. A teraz?

Jestem już świadoma tego co mnie czeka  i boję się.

Strach ludzki  przed dentystą jest tak pierwotny i uniwersalny.

04.05.2015

Jest  godzina dwudziesta trzecia trzydzieści dwa, usiłuję pisać. Nasze mieszkanie na ostatnim piętrze jest gorące, zwłaszcza kuchnia, w której teraz jestem. Słodziak budzi się często, nie wiemy dlaczego. Jak był młodszy, lepiej spał, a teraz się wybudza, chodzimy niewyspani  i niecierpliwi. Zwłaszcza ja jestem ta niecierpliwa, bo czekam na wieczór, by pisać. Zrobiłam kolację, pomyłam gary i rozwiesiłam pranie oraz załadowałam bęben pralki  na juto z kolejną porcją prania. Czytam to, co  napisałam wcześniej, ale zasypiam. Nie z nudów, a zmęczenia. Walczę, ale czuję, że się poddam. Nie ma sensu w takim stanie pisać, mózg na innych obrotach pracuje, jeszcze klapnę głową na klawiaturę i przypadkiem jakąś część tekstu wykasuję. Powinnam archiwizować to co piszę, ale moje usb wcięło, nie możemy się jeszcze do końca tu odnaleźć, zwłaszcza w dużym pokoju. Mąż mi pochował. Dobrze, że nie mnie, a tylko usb.

Wymyśliłam nowe opowiadanie, pt.: Maj. O kobiecie, która wpatruje się w ogród zza okna tarasu, zza szyb. Wszystko wkoło rozkwita, ale ona jest jakby martwa. Wszystko się zmieniło od ostatniego dnia. Poznała diagnozę. Rak jajnika. Pokazać tę dychotomię przed i po.

Przeczuwam, że po erze na grube knigi i kryminały wraca czas na krótkie formy: opowiadanie, nowele, esej. Ciekawa jestem, czy dobrze wieszczę. Oczywiście, pewnie się przekonamy. A jest dwa tysiące piętnasty  rok.

06.05.2014 Aj!  2015!

Łapię się na tym, że co rusz wpisuję tu datę 2014 rok, a jest 2015, a ja nie zdążyłam tego zauważyć. Może to wynika z tego, że jestem w domu na urlopie, a nie w pracy, gdzie daty były obligatoryjne.

Powinnam być po zabiegu usunięcia konfliktowego zęba mądrości, jednakże nie jestem. Trochę się cieszę, że siedzę przed komputerem bez bólu, z drugiej strony miałabym to za sobą. Nie byliśmy wstanie wstawić się tam rano, po kolejnej, acz prawie całkowicie nieprzespanej  nocy. Słodziak, acz bardzo słodki, bardzo niespokojny. Wyżynają mu się ząbki, dwójka na górze i dole po tej samej lewej stronie. Do tego złapał katar. Budzi się co trochę, a ostatnie dwie noce były pod tym względem tragiczne. Zasnęliśmy jak świtało, a że nasze osiedle spowiły grube deszczowe chmury, przy spadających strugach deszczu nie usłyszeliśmy budzika, co zdarzyło nam się dopiero drugi raz wspólnie. Deszcz zagłuszył go, a nas sfatygowanych po nocy ukołysał do snu, jednak nie na długo, bo Słodziak się obudził i stwierdziliśmy, że  nie zdążymy się zebrać. Co prawda, gdybym ja sama umyła zęby i pognała na łeb i szyję, może bym zdążyła, jednak w warunkach ulewnych opadów atmosferycznych, na czczo, nie miało to sensu. Po takim zabiegu nie ma możliwości normalnego jedzenia, do tego ból, przynajmniej przed powinnam była zjeść  porządne śniadanie. A tak? Zresztą jak by to wyglądało po zabiegu, obolała, nie mogąca dźwigać, a dziecko trzeba dźwigać stale, no byłoby ciężko. Mąż zamiast pójść spać, walczył z remontem do drugiej w nocy, no a dalszy ciąg pobudek zafundowany przez Maleństwo już znacie.  Starszy Przystojniak też nie poszedł do szkoły, gdyż dopadła go infekcja gardła. Wszyscy jesteśmy obolali, niewyspani, rozdrażnieni. Ja poirytowana do tego tym, że moja sytuacja na rynku wydawniczym martwa, co nieuchronnymi krokami zbliża mnie do powrotu do pracy. Nie chcę! Nie to, że jej nie szanuję, bo z niej żyjemy, ale to nie jest to, co chcę robić, do licha! Kiedy mam to zmienić, jak nie teraz? Właśnie to buzuje we mnie, i pomimo, że jest wpół do jedenastej w nocy i nie jestem całkiem przytomna, zasiadam do komputera. Muszę walczyć, muszę pisać! Tylko poprzez pisanie, posunę się o pół kroku do przodu. Tylko pisząc, zbliżę się do mojego celu. Nie ma co biadolić, tylko trzeba pisać, no i promować siebie, nagłaśniać, zachwalać to, co się zrobiło. Dlaczego rynek jest tak nieprzychylny debiutantom? Dlaczego wkoło mówi się o autorach kryminałów w mediach, bo na podstawie ich książek powstają scenariusze filmowe? Rynek wydawniczy ma się równać sprzedaż? Komercjalizacja. Brakuje bezinteresownego mecenatu. Wydaje mi się, że są układy i układziki. Ten popiera tego, bo znajomy go poprosił, bo ten drugi dla pierwszego zrobił kiedyś przysługę, bo tak jest łatwiej, bo tak jest modniej; i.t.p. Znajomy znajomego, ręka rękę myje, niepisane, szemrane układy, dziennikarka udziela noclegu pisarzowi, wzajemne korzyści, ale promocja drugiego. Nie wiem czy wydawcy są tak leniwi i nie chcą podejmować ryzyka, czy tylko opłaca się drukować amerykańskie i skandynawskie przekłady? Czy chodzi o to, by wielką reklamę kręcić obcojęzycznym pisarzom, a w Polsce kisić się we własnym, utartym sosie, bez nowych smaków? Czuję bezsilność, trochę żalu. Wiem, że do końca jeszcze tak nie zawalczyłam, ale jak skończę książkę i zbiór opowiadań, to ruszę z ofensywą. Wyślę ją do wszystkich, nawet najmniejszych wydawnictw, napiszę listy polecające, prześlę recenzje. A jak nie będzie odzewu, postaram się wydać je półprywatnie, bo i takie wydawnictwa powstają, z taką ofertą. No, a potem powysyłam maile do dziennikarzy działów kulturalnych różnych gazet, z informacja o nowości i z prośbą o rzucenie okiem. Być może ktoś się obudzi z letargu i zauważy interesującą nowość. Wystarczy trochę szumu, reklamy, no i szczęścia, a dalej się potoczy. Oczywiście każdy z tych pisarzy szczęśliwej bądź nie wypromowanych, pracowało na swój sukces, z tym, że jedni bardziej, a inni mniej i to jest ta różnica. Bolesne jest to kiedy ten wielki balon reklamy, nie zawsze jest zasłużony. Media są pazerne, ale wybiórczo.

Czy wiecie, że pisanie to praca w samotności, w pojedynkę, bez kontaktu z żywymi ludźmi, a papierowymi postaciami, jednakże, jeśli to się kocha, to jest to najcudowniejszy czas, pełen akcji i obfity w przeżycia wewnętrzne, bardzo budujący: zaryzykuję stwierdzenie – wraz z rozwojem słowotwórczym wzrasta rozwój osobisty: mentalny i duchowy, wielowymiarowy.

Nie mówię nikomu, że aktualnie piszę, tzn. mąż i syn wiedzą, ale zachowują to dla siebie na moją prośbę. Jest to śmieszne kiedy trzydziestodwuletnie kobieta, z dwójką dzieci, domem i pracą roi złudzenia, bajki o pisaniu, gorzej, utrzymywaniu się z tego. Dla tych, którzy nie kumają tego co mi w duszy gra i tego, że to nie mrzonki, a  moje plany, które coraz bardziej konsekwentnie realizuję, jest to bajanie, fantazjowanie, być może niedojrzałość i niskie poczucie odpowiedzialności za dzieci. Dla większości pewnie wypociny, bo dziewczyno, skoro żadnych złotówek z tego nie masz, to po co marnujesz czas?  Dlaczego żyjesz złudzeniami, a nie rzeczywistością, tak jak ten Kowalski, który przed każdą kumulacją w lotto podnieca się, co zrobi jak wygra, a tak naprawdę po losowaniu zostaje z ręką w nocniku? Tak samo jak ty, żyje złudzeniami. Odpowiem: ok. Tylko, co jak ten Kowalski statystycznie kiedyś wygra? Jest to możliwe, dlatego moje zaistnienie pisarskie też ma taką szansę, może jedną na milion  sześćset ileś tam obywateli, jak mówi rachunek prawdopodobieństwa, ale ma.

Całkiem poważnie. Nie mam ochoty na  ten temat gadać po próżnicy. Za stara jestem. Zbyt długo o tym nie mówiłam, bo, kiedyś dawno temu, to klepałam na okrągło, że chcę pisać. Teraz nie klepię, a realizuję to, o czym mówiłam. Tak naprawdę, to jest moja sprawa. Dojrzałam do tego, że moje porażki i zmagania są dla mnie, a nie rodziny dalszej. Dla rodziny to powinny być sukcesy, bo tylko wtedy popatrzą na ciebie jak na człowieka, a nie ufoludka. Brutalnie, ale prawdziwie. „Bo, przecież Ty… Co możesz mieć takiego do napisania… dziecino”- aż ciśnie się na usta niektórym, a ja z tych ust umiem wiele wyczytać.

Dla mnie pisanie jest przyjemnością, ale i pracą. Nieprzymuszoną, wybraną z własnej woli. To ja ustalam wyzwania, wynajduje czas, pracuję- tworzę i rozliczam się z tego przed sobą. Nagrodą są rozbudowujące się teksty i satysfakcja z pisania oraz nie umierająca nadzieja. Nadzieja – to jest bardzo dużo dobrego, chciałabym, aby zawsze była. Jest potrzebna.

                Do jasnej ciasnej! Czy wiecie co jest nie tak, kiedy kursor w trakcie pisania przeskakuje wam po tekście? A potem trzeba łapać go i rozklejać nieidentyfikowane wyrazy, co spowalnia, utrudnia pisanie. Szlag by trafił, tfu, to cholerstwo…

Dzisiaj też trafił mnie szlag, kiedy jednym uchem złowiłam program z telewizji z sąsiedniego pokoju, robiąc zapiekanki. W skrócie, kobiecie z Wrocławia odebrano dzieci, bo była otyła i biedna. Ale ta sama kobieta opiekowała się chorym ojcem. Panie z MOPSU i sędzina zrujnowały psychikę dzieci, które wisiały na płocie placówki zastępczej i błagały matkę, aby je stamtąd zabrała, bo one mogą spać nawet na podłodze, byle z mamą.  Nie wiem, ale sądy z wymiaru sprawiedliwości stają się domiarem niesprawiedliwości. Bieda? Czasem nie jest winą pojedynczego człowieka. Jeśli taki rodzic samotny znajduje się w trudnej sytuacji, państwo powinno pomóc, i nie mówię o zasiłku, a pomocy w znalezieniu pracy, po to by móc stanąć na nogi. A tak państwo dba tylko o interes rodzin zastępczych, by kręcił się interes. Znieczulica, nieuctwo! Czy wiecie, że do wielu zawodów nie ma przeprowadzonych badań psychologicznych pod kontem weryfikacji kandydata, czy nadaje się do tego? Tak jest w przypadku, np. psychologów, pedagogów. Często są to osoby przypadkowe, bo poszły na takie studnia i choć nie nadają się, to ciągną, bo gdzieś  pracować muszą. Brakuje empatii. W Mopsach też jest wiele osób przypadkowych, po znajomości, które później kursami i studiami za kasę niby nadrabiają dla posady. Ale nie mają ani predyspozycji, często wiedzy, a do tego są nieżyczliwe, złośliwe lub są ignorantami kompletnymi! Co tu dużo mówić, dyletanctwo kwitnie. Zróbmy coś z tym, proszę WAS.

07.05.2015

Mam dobrą passę w pisaniu. Gdybym w przeciągu dnia mogła usiąść, miałabym więcej tekstu. A tak mam już dwadzieścia pięć stron czcionką numer  jedenaście. Nieźle, co? Ciekawe ile napiszę i finalnie ile tego będzie w grudniu. Bo planuje się tutaj frustrować do końca roku.

Gość o nicku ParalitykPaliFajkeWodną zarzuca mi, że piszę w kółko o tym samym. Drogi ParalitykuPFW dziękuję, że mnie uważnie czytasz. Ale jak sam tytuł wskazuje, że się frustruję, a najbardziej frustrują mnie rzeczy niezmienne w moim życiu, więc z przykrością musze stwierdzić, że jeżeli nic nie drgnie lub się nie zmieni, to wciąż odnajdziesz tu moje frustracje o różnym natężeniu. Sorry, taki mamy klimat, pozwól, że zacytuję klasyczkę Bieńkowską.

08.05.2015

Nie jestem w stanie odtworzyć tego, co się wczoraj w nocy ze mną działo. Wpadłam na super pomysł. Tak mnie podekscytował, że nie mogłam zasnąć. Trzeba mi było wstać i to zapisać.

Chodzi o moje myślenie… Kiedy tradycyjne metody zawiodą, mam na myśli wydawanie droga tradycyjną, to mogę wziąć sprawę w swoje ręce. Słyszeliście o self-publishingu?

Zwyczajnie, planuję założyć moją stronę autorską i oprócz wpisów blogowych, sprzedawać moje nowości- książki w postaci e-booków. Nie jest to nie wiadomo jak innowacyjne, bo widziałam u niektórych blogerów takie próby, zwłaszcza tych medyczno- witalnych na tematy zdrowotne. Niektórzy sprzedają na Amazonie.

Większość wydawnictw to molochy o piramidalnej budowie, którym nie opłaca się wydawać debiutantów, by na tym nie stracić. Koszty wydania wzrastają: od edytorów, po grafikę, drukarnie i dystrybucje, nie mówiąc- reklamie. Im musi się to opłacać, stąd tak wiele jest w nich asekuranctwa, lubią drukować to, co lubi się sprzedawać, najpewniej nowości uznanych już autorów, czy też autobiografie, książki dla dzieci napisane przez  gwiazdy prowadzące telewizję śniadaniową; bo liczy się samo nazwisko, które już jest dźwignią handlu. Nie liczy się już tak bardzo co, tylko kto sygnuje dzieło.

Zdaję sobie z tego sprawę, że  do mojej strony autorskiej  większość nie dotrze, ale będę miała możliwość dzielenia się tym co piszę, a może i parę groszy wpadnie na konto. Akurat postęp bardzo sprzyja takim jak ja. Jeśli do dziesiątego czerwca żadne z wydawnictw nie odezwie się w sprawie bajki, to ona będzie pierwszą, którą wystawię. Nie będzie wygórowanych cen, za bajkę piętnaście złotych. Następnie chcę udostępnić zbiór opowiadań i tu cena będzie około dwudziestu złotych. Ale jeśli napiszę książkę historyczną, tę, którą piszę już około dziewięciu lat i jeśli ją skończę to cena będzie adekwatna do pracy ok. czterdziestu złotych. Ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli jest się tanim,  samych siebie się nie ceni, to nie docenią cię pozostali. Bo ceni się to, co jest drogie. Ale ja nie chcę oszukiwać ludzi.  Darmowo będą dostępne pierwsze rozdziały książek, bądź jedno opowiadanie – wtedy nie zakupią kota w worku.

Trzeba mi było wcześniej o tym pomyśleć.  A nie teraz… Lepiej późno niż wcale.

Dzisiaj robiłam spontaniczne zdjęcia na stronę. Zależy mi, aby stronę zrobić tanim kosztem, nie więcej niż za pięćset złotych, bo na więcej mnie nie stać. Może znajdę jakiegoś młodego, chętnego informatyka; przeczeszę internet w tej sprawie.

Lubię te momenty podniecenia, wiary we własne pomysły i ich powodzenie! Aby ten zapał nie opuszczał mnie na długie momenty, nie trwał tyle co wypalenie zimnego ognia, a tyle co powolne napełnianie kapiącymi kroplami deszczu beczki. To pomaga, cholernie motywuje kiedy jest się na fali.

Opowiadania, myśli na temat strony, pisania, również dzisiaj mnie prześladują. Dwa opowiadania właśnie mam już ułożone w głowie, i za chwilę zabieram się za napisanie pierwszego z nich. A jest godzina dwudziesta trzecia dwadzieścia siedem.

Niektórzy psychologowie mówią, że kiedy nie ogarniasz życia, to znaczy, że nie ogarniasz czasu. Dlatego kiedy okiełznasz czas, poczujesz, że masz we władaniu własne życie i kontrolę nad nim.

A więc chodzi o organizowanie się, o planowanie, stwarzanie list na papierze, bądź w głowie i ich realizowanie. Poczucie sprawczości. W części się zgodzę. Ale życie nie jest taką sztuką, która przebiega według planu, listy. Sama chciałabym je mieć takim uporządkowanym, ale się nie da, gdy nie jest się samemu. Wszystkie listy znikną, kiedy dziecko jest chore na przykład. Trzeba umieć być flexi. Ja plany głównie mam w czaszce. Od wielkiego dzwonu zapiszę je na kartce, i wtedy nie pragnę ich ni mniej, ni bardziej.

 Na koniec wracając do mojej strony internetowej, chcę się za nią zabrać w czerwcu. Za miesiąc. Wow! Wyjdę ze strefy cienia, wreszcie… Ale przedtem intensywne pisanie. Zobaczymy, ile da się napisać w miesiąc. Oczywiście, będę tu meldować postępy. A teraz zabieram się za opowiadanie.

09.05.2015.

Godz.02.16

Napisałam dwa opowiadania. Hurra!

11.05.2015.

Słodziak ośmioipółmiesięczny powiedział do mnie: mama. Siedział w foteliku w kuchni i w momencie kiedy się schylałam po niego, tak mi powiedział. Chciał, aby wziąć go na ręce. I to nie są jego pierwsze słowa. Pierwsze było: dziadzia, potem baba, następnie tata, a na końcu karmicielka: mama. Jeszcze  zostało mu do nauki: brat. Ogólnie wszystkie sylaby mówi, od maluśkiego kiedy mówił: le, zawsze wtedy kiedy chciał piersi, naprawdę to było świadome, bo przy tym szukał jej w mojej bluzce i mówił: le. Nie było płaczu, tylko – le, nawet z krzykiem i pretensją. Nie ma problemu z mową, ale Starszy też nie miał. Jako roczne dziecko mówił zdaniami, jak czytałam książeczki które znał, to jak zaczynałam wierszowane wersy, to on kończył. Książki, dużo zabawy klockami, dużo uwagi i są efekty, chwaląc się nieskromnie, jako sześciolatek poszedł do szkoły, a obecnie czwartoklasista jest olimpijczykiem w skali krajowej.

Nie chcę zbyt dużo tu pisać o samych dzieciach, bo nie ma nic gorszego dla innych niż przechwałki na temat cudzych dzieci. Gdybym tu miała pisać tylko o dzieciach, to ten dziennik powinien się nazywać: od kołyski do Harvarda.

Nie o to mi chodzi. Oczywiście zapisuję tu takie momenty, dla mnie ważne: jak pierwsze mamo, czy pierwszy ząbek. Ale jednak bardziej piszę o dzieciach w kontekście zmagania się z wielowymiarową rzeczywistością. Próbuję odpowiedzieć na pytanie jak być dobrą , uważną mamą, i do tego spełniać swoje marzenia. Jak to robić, by nie  działo się to kosztem dzieci. Co jest korzyścią dla dzieci: szczęśliwa mama, czasem zajęta i niewyspana, czy mama zmęczona, zobojętniała na inne sprawy, ale cały czas dostępna, w stu procentach poświęcająca swój czas dzieciom, nawet wolne chwile oddająca dzieciom, np. kiedy zasypiają, to ta mama prasuje im ciuszki.

Ja zrezygnowałam z takich głupstw jak prasowanie, no chyba , że to akademia i biała koszula do garnituru, to wtedy tak; ale reszty ubrań nie prasuję. Kiedy pranie się starannie powiesi na suszarce, to naprawdę nie jest wtedy wymięte. I ważne, aby przedtem obroty pralki nie były zbyt wysokie, np. osiemset obrotów na minutę. Wykonuję rzeczy istotne, ale nie bawię się. Nie cackam się na przykład ze sprzątaniem. Kiedy zadbam o zakupy i potrawy oraz żeby mieli czyste ciuchy, to resztę czasu wolę poświęcić im, pośmiać się z nimi, pogadać, pobawić niż pucować , prasować, dopieszczać, by mieli wkoło idealnie. Wolę te trochę energii zostawić na pisanie.

A kiedy trochę już sobie popiszę, to wtedy moje baterie się ładują. Jestem bardziej cierpliwa, naprawdę!

Na przykład dzisiaj już chodziłam niezadowolona, że wczoraj nic nie napisałam. Jak struta. Mam wrażenie , że nie wykorzystuję czasu, urlopu; że nie pracuję na zmianę nie tylko swojej, ale również dzieci egzystencji. A wiem jaki potencjał we mnie drzemie. Przeczytałam napisane przeze mnie dwa opowiadania, które były wcześniej przemyślane, no i są bardzo dobre. Naprawdę. Napisałam je z łatwością, dosłownie tak jakbym recytowała tekst. Błyskawicznie i dobrze. Kocham takie chwile. Niestety nie zawsze jest taka łatwość, nie zawsze efekty są tak zadawalające. Czasem zastanawiam się nad niektórymi wersjami akapitu czy zakończenia, ale bywają momenty objawienia, kiedy tekst zapisuję, bo lektor dyktuje mi go w głowie. Tak jak w disnejowskiej bajce: jest aniołek i diabełek, którzy podpowiadają, tak i ja czasem mam lektora, który precyzyjnie podaje mi tekst.

Dlaczego wczoraj nie pisałam? Bo były wybory prezydenckie. O osiemnastej pojechaliśmy zagłosować. Później  oglądaliśmy wieczór wyborczy w TVP 1. Około dwudziestej drugiej włączyłam kompa, ale nie mogłam się skupić. Co chwila biegałam do telewizora i słuchałam komentarzy. Otworzyłam bajkę, przeczytałam ją , bo dawno tego nie robiłam i chciałam po czasie zobaczyć, czy nie ma błędów, sprawdzić czy jest dobry rytm podczas czytania. Jest.

Co do wyborów, wahałam się do ostatniej chwili na kogo zagłosuję pomiędzy trzema kandydatami i dodam tylko, że nie głównymi.

Co do Bronisława  Komorowskiego, to już dawno, kiedy odmówił udziału w  debacie, wiedziałam, że to jest starzał w stopę. Jednak wielu ludzi ją oglądało, ja także i zasiadłam do telewizora z przeświadczeniem, że to ona wyklaruje na kogo zagłosuję. Przez samą nieobecność  nie zaprezentował się zwyczajnie, po drugie pokazał arogancję, jak gdyby prezydent  nie mógł się zniżyć do poziomu debaty z kandydatami.

Czarę goryczy według mojej oceny była jego wypowiedź następnego dnia, że debata była  żenująca i ręka boska go broniła, ŻE TO NIE BYŁA DEBATA, A EXPOSE. Nie uważam debaty za żenującą, szkoda, że pan prezydent nie ocenia tak swojego zachowania w parlamencie Japonii,  w którym jego delegacja nie zachowała się jak dyplomacji przystoi, a  jak dzieciarnia.

Expose nie expose, mógł wygłosić własne, tak jak pozostali. Uważam, że bardzo sobie tą odmową zaszkodził.

Przesadził po ogłoszeniu wyników, że w przemówieniu od razu mówił o chęci wzięcia udziału w debacie, której wcześniej tak unikał. Zrozumiał swój błąd? Mógł poczekać  z tą gotowością przynajmniej do dzisiaj. Nagle się wszyscy obudzili i chcą realizować postulatu Pawła Kukiza, bo zdobył on tak duże poparcie.

Polityka jest bardzo brudna, a niestety ma tak duży wpływ na nasze życie poprzez gospodarkę i ustawy społeczne.  Jesteśmy w systemie i od niego zależni. Popieramy bądź nie, ale sztab ludzi. I to my ich utrzymujemy!

Jest  dwudziesta trzecia czterdzieści sześć. Biorę się za nowe opowiadanie.

12.05.2015

Godz.03.05.

Kolejne dwa opowiadania gotowe!

13.05.2015

Godz. 02.24.

Napisałam opowiadanie. Jestem głodna, zaraz zjem kanapkę z dżemem. Tak trzymać.

Godz.22.47.

Właśnie zakończył się drugi półfinał Ligii Mistrzów. Real kontra Juventus. Kibicowałam tym drugim i obstawiałam, ze wygrają. Wow, udało im się, bo uzyskali wynik 1:1, ale u siebie Juve wygrało  3:2. Finał: Barcelona- Juventus. Kibicuję Juve, mając w domu ‘death’ fana Barcelony – Przystojniaka.

Zadowolona jestem z ostatnich postępów w pisaniu.

Mogłam wcześniej wpaść na te krótkie formy, miałabym dzisiaj stosy opowiadań, a nie żyłować się powieścią historyczną, która wprowadzała mnie w dużą stagnację. Miałam momenty dużego z nią zbliżenia i z chronologią, historią, ale za każdym razem odchodząc od tego na dłużej, wszystkie wcześniej wyłapane niuanse gdzieś mi uciekały, zapominałam. I tak się działo cyklicznie. Na razie odchodzę od niej świadomie i nie zamierzam się łajać. Skończona bajka, być może pojawi się kolejna część, pisana powieść współczesna plus opowiadania- to i tak dużo jednocześnie, przywołując wcześniejsze okresy. Często pisałam zrywami, ale ostatnio moja determinacja mnie samą zdumiewa, piszę do trzeciej w nocy.

Podoba mi się ta dyscyplina, obowiązkowość. Niedawno właśnie miałam przemyślenia na jej temat. Wspominałam czasy ogólniaka do którego dojeżdżałam. Kiedy miałam siedem lekcji to byłam w domu dopiero o szesnastej, potem jakiś obiad i zanim się zabierałam do lekcji, bywało późno. Nie raz było tego dużo, wypracowanie, etc. Pisało się do nocy, jak trzeba było przynieść gotowe na następny dzień. Wisiał nad nami – uczniami tak zwany- bat i człowiek potrafił się bardzo zmobilizować. Niemożliwe stawało się możliwe, człowiek tak się sprężał, że czas ulegał kondensacji i się wyrabiał.

Sama sobie chcę narzucić  taki rygor. Przynajmniej jedno opowiadanie dziennie stworzyć.

Jak na razie piszę, nawet dwa opowiadania niekiedy. Piszę jak w transie. Czuję, że tylko ta moja praca ma sens. Czuje, że właśnie pisaniem jestem w stanie coś zwojować dla nas wszystkich. Wiem, że nie mogę lekceważyć, marnować tego powołania, które tak silnie odczuwam.

Zrobiło mi się zapalenie spojówek, zwłaszcza w prawym oku, od kompa. Już diagnozuje się sama. Mąż też miał. Zostały mu krople, to wykropię w swoje chore oczy. Szkoda mi czasu na głupstwa, np. dzisiaj wzięłam prysznic, a już głowy nie umyłam, bo dwa mycia, odżywka, rozczesywanie… Nie chcę teraz czasu tracić, bo musze popisać. Dlatego na głowie mam kołtun spięty klamrą i opaskę. Nie rozmieniam się na drobne. Działam.

14.05.2015

Godz.23.52.

Przed chwilą przeczytałam wszystkie napisane przeze mnie ostatnio opowiadania. Dobre. Podobają mi się, naprawdę. Wewnętrznie jestem uhahna, czyli bardzo zadowolona z tego, że tak dobrze mi poszło.

Napisałam wszystkie opowiadania, które miałam już wcześniej w głowie. Teraz czekam, aż przepłyną kolejne. Choć już dwa, widzę daleko na horyzoncie. Pozwolę im dopłynąć.

Nadal rozmyślam o autorskiej stronie. Poszukuję firmy, która zrobi mi stronę, najlepiej studenta informatyki… Nie jest to takie proste.

Napisałam do gościa z moich okolic, bo prowadzi firmę z dostawą internetu i sprzętu komputerowego, okazało się, że samych stron de facto nie tworzy, ale współpracuje z firmą, która je wykonuje na zamówienie, ale koszt około trzech tysięcy złotych. Dla mnie jest to cena zaporowa, ale pilnie poszukuję nadal, bo bardzo mi zależy.

Zanim znajdę, a potem zanim ustalimy projekt i w końcu nastąpi realizacja, to też miną tygodnie, a ja nie chce czekać długo, bo w sierpniu kończy mi się urlop macierzyński.

Siedziałam na internecie w telefonie, ale jest niewygodny w takim szukaniu. Nie mamy jeszcze w mieszkaniu stałego łącza, może już jutro będziemy załatwiać ten internet. Mamy na oku firmę działającą na  naszym osiedlu.

Napisałam dwie zakładki na stronę: współpraca i poznaj mnie. Stworzyłam to z lekkością i efekty są zadawalające.

15.05.2016

Kosiarki poszły w ruch.

Wiosna.  To jedno mnie irytuje, kiedy budzi się wiosna.

Kto to widział, ażeby ogromne połacie trawników ścinać małymi, ręcznymi kosiarkami, które emitują niebywały hałas, przy tym taki delikwent – operator – cały dzień wymachuje tą kosiarką na prawo i lewo z słuchawkami na uszach (nie wierzę w ich skuteczność), lepszych ćwiczeń nie znalazłby na siłowni. Gorzej, na boisku koszą tak trawę! Dlaczego, gdy byłam dzieckiem wjeżdżał traktor z kosiarką i za pół godziny boisko, łąki były ścięte?

Ryk kosiarki od rana do nocy… Piski dzieci na rolkach, rowerkach, dobiegające z podwórza. To jeszcze wytrzymuję, ale  siedzących panów pod moim balkonem na ławeczce wspólnoty, wznoszących bojowe okrzyki po wypitej gorzałce, już nie!

Zimo! Błogości moja!

Ciszo! Spokoju święty…

Można było żyć! Pisać! Funkcjonować. A teraz nawet okna nie można mieć otwartego, bo sączy się ten alkoholowy jazgot do domu, ten ryk i smród spalin…

Rozpraszacze. I te promienie słońca, bez rolet nie do wytrzymania….

Jesienne słoty! Szarugi, długie wieczory – gdzie jesteście?!

Wtedy odnajduję spokój. Senność także.

 Ale tak jak wtedy mi się piszę, to nigdy.

16.05.2015

Godz.00.33.

Napisałam krótkie opowiadanie.

Nie mamy pieniędzy, nie pisałam o tym tak wprost. Wiecie, schudłam tyle, a nawet nie mogę się tym nacieszyć, kupić ciuchów w mniejszym rozmiarze, dopasowanych, tylko stare wiszą na mnie. Bo nie mam forsy na nic dodatkowego, tylko na jedzenie, opłaty, pieluchy , ale nic ponad to. Jeszcze z jedzeniem muszę  się wysilać. Aktualnie nie stać mnie nawet na oliwę z oliwek dobrej klasy, zamiast kupować chałę, używam do wszystkiego oleju rzepakowego za niecałe sześć złotych.

Przeprowadzka nas szarpnęła, malowanie. W dwóch pokojach na suficie wiszą żarówki, musimy kupić żyrandole, są jeszcze niedoróbki, które musimy zwalczać. Ale mieszka się zdecydowanie lepiej.

Żeby była jasność, nie mamy żadnych oszczędności, a długi; dlatego nasza sytuacja z dnia na dzień i miesiąca na miesiąc, od pensji do pensji się nie poprawi. Każdego miesiąca są te napięcia finansowe i będą nadal. Dzisiaj zapłaciłam za badania krwi  sto sześćdziesiąt osiem złotych, nierefundowane. Na wtorek potrzebuję stówę na wizytę do endokrynologa. Zbliża się Dzień Dziecka, mam dzieci i chrześniaków. I najważniejsze, za tydzień chrzciny Słodziaka. Skąd na to wszystko wziąć?

20.05.2015

Godz.22.19.

Boli mnie gardło. Ale dzisiaj przychodzę z inną refleksją. Kogo tak naprawdę interesują zmagania młodej matki, młodych rodzin o byt i spełnianie siebie? Kto chce czytać o takich problemach i ich rozwiązywaniu? Nikt?

Dlaczego promuje się książki o uzależnieniach od narkotyków, alkoholu; pijackie wizje, historie kaców mają być opowieściami o życiu?! Czy naprawdę chcecie czytać o delirium, o paranoikach, alkoholikach z wyboru, a nie ciekawsze są dla was losy osób, które centa nie wydadzą na alkohol, bo nie mają, bo im szkoda, bo wolą dziecku kupić bobo- fruta? Jak dzielą złotówkę na cztery, jak czarują potrawy mając tylko podstawowe składniki?

Co, nudne, bo to znacie? A chcecie czegoś innego: opowieści dewiantów, którzy patrzą na świat i ich nałóg staje się soczewką odbijającą nasze przywary, fałsz świata?

Chcecie ulżyć sobie i pomyśleć: inni mają gorzej!

Dlaczego prawda was nie interesuje? Życie codzienne, zwykłe, to dopiero są dylematy i dramaty. Gotowe scenariusze.

21.05.2015

Z końcówką ubiegłego roku widziałam reportaż o jednej rodzinie, która żyła w odległej wsi, z dala od sąsiadów. Rodzina ta składała się z małżeństwa i siedmiorga dzieci. Oczywiście głowy rodziny w nim nie było, alkoholika znęcającego się nad swoją żoną niepijąca. Problem polegał na tym, że to matka nie miała gdzie pójść  z dziećmi. Czyli ofiara musi uciekać, ofiara zostaje ubezwłasnowolniona, poprzez kolejne ciąże, brak pacy, a więc jakiekolwiek własne środki pieniężne.

W programie były też panie z opieki społecznej, które znały sytuacje i matkę, no i broniły jej.

Matka relatywnie młoda, ładna i życiowo mądra. To ona się wypowiadała o swoim życiu mądrze i tak szczerze. Zapadły mi jej słowa w serce, kiedy powiedziała o tym jak w przeszłości wyobrażała sobie swoje życie. Nie sadziła , że nie będzie pracować i że będzie mieć tyle dzieci.

Mąż na początku małżeństwa nie pił. Dopiero z czasem wciągnął się w nałóg, aby podtrzymywać małżeństwo, żeby ona od niego nie odeszła, robił jej kolejne dziecko. Nałóg się pogłębiał, zaczęły się awantury, walka o pieniądze. Tak szczerze ta kobieta mówiła, że nie wyobrażała sobie swojego życia, że ono takie właśnie będzie.

Czyja to jest wina? Młodości, ich obojga? Nierównych szans rozwoju ze względu na pochodzenie, status i region?

Dla mnie jej historia jest uniwersalna, bo większość z nas nie wyobrażała sobie, że własne życie będzie właśnie takie. Zazwyczaj każdy spodziewał się czegoś lepszego, oczekiwał w duchu, że coś na niego czeka, coś dobrego, lepszy start. A  tu nie jest lekko, jest gorzej niż się spodziewaliśmy. I jak tu nie stać się frustratem…?  Oczywiście zamiast tylko konstatować i użalać się, można coś (niektórzy) z tym robić, samemu, i ja właśnie poprzez pisanie fedruję taki chodnik w moim życiu. Nie mówiąc o tym, że samo fedrowanie daje mi satysfakcję.

Jak już piszę o horrorze biednych dzieci, to w moim bloku, po przeciwległej stronie jest taka rodzina. Ojciec lekarz, pięcioro dzieci. Kraty w oknach. Dzieci już dorosłe, część w zakładzie, ale pozostałe znerwicowane, po prostu chore. Widuję dwóch synów, którzy muszą chodzić pędem wkoło osiedla i wypacać stres, przy tym gadają sami do siebie i ich ciało drży. Byłam świadkiem jak ten ojciec, gościu po sześćdziesiątce przyjechał z jednym z tych synów z zakupów i jak się do niego odnosił. On warczał i szczekał, skakał przy tym jak nazista, niemalże piana mu leciała z ust. Wyżywał się, gdzie i co jak ma wykładać ten syn z bagażnika samochodu. Traktował go jak eunucha, tragarza, śmiecia. A ten syn- wysokie bydlę, ani nie zająknął się przed swym ojcem tyranem.

 Od dziecka będąc w takiej spirali terroryzowania, nie można być normalnym, słyszałam o biciu. I co ja  mogę teraz zaradzić, jak te dzieci do szkoły nie chodzą, nie pracują, są zależne od ojca tyrana? Ten facet widział mnie i ani przez chwilę się nie maskował, a  mój mąż , który był w domu na drugim piętrze, w toalecie, słyszał darcie się, więc wyobraźcie sobie, jakie to były decybele.

Niektórzy nie powinni się żenić i mieć dzieci.

22.05.2015.

Czuję się wypalona z pisaniem opowiadań na razie.To było bardzo intensywne doświadczenie z mojej strony.

 Ze stroną nic nie robię, bo nie mam kasy, czekam na czerwiec, gdzieś po Bożym Ciele coś ruszę. Bo teraz i chrzciny, a potem mój występ w szkole syna z prezentacją mojego zawodu. Po co ja się zgodziłam? Teraz musze się przygotowywać na następny piątek. Fakt, jestem na macierzyńskim, ale w mojej pracy długi urlop jest stresem, gdzie wiele rzeczy się zapomina i trzeba sobie przypomnieć, a co dopiero ja po piętnastu miesiącach przerwy. Poza tym, żeby mówić płynnie, muszę to sobie jakoś ułożyć.

Z rzeczy pilnych musze jeszcze wystosować dwa pisma do sądu i to w trybie pilnym do dziesiątego czerwca, więc pewnie ze stroną nie ruszę wcześniej, a dobrze będzie jeśli w ogóle w czerwcu. Powiedzmy po dwudziestym drugim czerwca (sprawie sadowej) będę miała spokojniejszy umysł i zajmę się tym, choćby jako odskocznią.

Muszę jeszcze zaprosić dwie rodziny, które nie były jeszcze u nas w nowym mieszkaniu. Jednych może za tydzień, a drugich w Boże Ciało. Wychodzi na to, że co tydzień impreza. Sprzątanie, zakupy, gotowanie.

Jutro/dzisiaj myję dwa okna i ogarniam pokój , kuchnie i pranie. W  sobotę gotowanie i pieczenie.

26.05.2015

Po prostu żyłam.

          Chrzciny były piękne, z dzieckiem starszym, większym, bardziej świadomym to też ma swój urok.

28.05.2015

Bardzo wielu gości pozapraszałam, w sobotę będą jedni, w czwartek następni. W międzyczasie jest Dzień Dziecka.

Jutro mój występ w szkole, układałam go sobie w głowie, ale bardziej pójdę na żywioł.

Powinnam się przygotowywać, a ja przeczytałam właśnie swoje opowiadania, wczoraj kolejne do mnie przyszło i będę je teraz zapisywać, co tam. Jak ono już jest, to muszę je zapisać, bo pomysły bywają bardzo ulotne, a moja pamięć kapryśna. Poza tym, to wrażenie ogólne i świeże mnie poprowadzi i to sprawdza się, jak moja praktyka dotychczasowa pokazała.

29.05.2015

Godz.02.10.

Napisałam to opowiadanie.

Złapałam się na tym, że nie myślę już o tym, nie czekam tak na odpowiedź z wydawnictw w sprawie bajki.

Godz.21.47.

Prezentacja nad wyraz się udała. Dostałam dyplom za udział. Była mila atmosfera, siedzieliśmy w kole przy kompocie, w godzinę się zmieściłam z prezentacją. Spełniłam dobry uczynek. Mam dodatkową satysfakcję, bo jedna z dziewczynek powiedziała mojemu synowi, że twoja mama wygląda jak twoja siostra. Czyż to nie jest najpiękniejszy komplement? Fakt, urodziłam go mając dwadzieścia dwa lata i zawsze będzie miał młodą mamę choćby z tego powodu, ale sam młodzieńczy wygląd wynika z mojego schudnięcia oraz faktu, ze mam niefarbowane, długie włosy; takie czynniki zawsze odmładzają. Ale nie mogę przesadzać, przecież wciąż jestem młoda, trzydzieści dwa lata…

31.05.2015

Godz.00.58

Siedzę w kuchni  przy laptopie z otwartym oknem i spuszczonymi roletami. Za oknem w ciszy kraczą czarne ptaszyska śmietnikowe. Jest ich dużo i  jest trochę atmosfera jak w Hitchcocku. Nieopodal tego okna są potężne lipy, to właśnie na nich oraz dachach siedzą ptaszyska, które przegoniły wszelkie ptactwo mniejsze, jak chociażby wróbelki i jaskółki.

Chyba zamknę to okno, bo denerwują mnie ich odgłosy. Stresują mnie. Powietrze jest świeże, po burzy, chcę z pół godziny, a najlepiej godzinę popisać.

Wczoraj udało mi się do drugiej w nocy pisać, ale zaległości sądowe. Dzisiaj jeden list już wysłałam. Z głowy. Drugi jeszcze się odleży, sprawdzę go na chłodno i do piątku chcę go wysłać.

Brakuje mi czytania. Ostatnio przez te imprezy więcej gotowałam i sprzątałam, czasu na czytanie było tak mało. A jak już go znajdywałam, to wolałam pisać. Bez czytania czuję się totalnie wyjałowiona. Chyba wrócę do Sagi o ludziach lodu, bo stanęłam na tomie trzecim, ale w międzyczasie opchnęłam Boscy i nieznośni Anny Janko. Akurat każdy rozdział z biografią innej sławy, tak, że można było czytać wybiórczo, nie po kolei. Kupiłam tę książkę w kiosku, bo zobaczyłam na okładce nazwisko Mitchell, czyli dla niewtajemniczonych, autorkę Przeminęło z wiatrem. Książka, którą trzy razy przeczytałam jak dotąd. O jej biografii też co nieco wiedziałam, ale właśnie to nazwisko było moim imperatywem do zakupienia książki.  Bardzo ciekawa.

O, nie! Tyle co zaczynam pisać i już zaczyna mi się chcieć spać. Niedobrze.

Jutro odpust u mamy. Jesteśmy zaproszeni na obiad. Może zdążymy do kościoła. Sukienkę mam już wyprasowaną. Zaczyna się ciąg imprez, który będzie trwał do dziesiątego czerwca. Znów czas przez to przeleci ze zdwojoną siłą.

Pisanie opowiadań wpłynęło negatywnie na ten dziennik, bo go zaniedbuję.

Polityka ukradła mi tyle czasu, przez te wybory prezydenckie, kampanie i debaty.  Śledzenie tego i  słuchanie – wyczerpując zadanie.

Idę spać, bo zasypiam na stojąco.

Godz.23.06.

Dzisiaj po północy napisałam: jutro odpust u mamy, a przecież to było dzisiaj. Wszystko się udało, pogoda była piękna, kluski na obiad wyborne. Miałam ochotę pójść na zabawę, no, ale z Maleństwem nie wchodzi to w rachubę. Wieczorem był kabareton w Sopocie i transmisja w Tv. Jako przerywnik wyszedł  Maciej Maleńczuk (którego lubię) ze składanką Medley – dziewięć utworów – największych szlagierów minionych epok, coverów, które śpiewał również na sylwestrze w Krakowie. Wkurzyło mnie to, bo po pierwsze były to piosenki do tańca, po drugie chciało mi się tańczyć, po trzecie wkurzył mnie, bo on śpiewa odgrzewane kotlety, a pieniądze sypią mu się na konto. Jeszcze powiedział, że to były znienawidzone przez niego w młodości piosenki… A teraz  śpiewa je i jakoś mu nie przeszkadza robić to pod publiczkę,  chociaż ich nienawidził, bo nie wiem czy wciąż ich nienawidzi, kiedy tak chętnie je śpiewa. Ok. To, że śpiewa, to też jest praca, ale taki występ nie do końca wydaje mi się fair.

Zabolało  mnie, że on jest tam, na scenie, a ja tu, na zadupiu, w lesie z wszystkim, z ochotą pójścia potańczyć, a zostająca  z laptopem w mieszkaniu. Muszę działać… Do tego widziałam wczoraj wywiad z Emmanuelem Schmittem, który jak się okazało ma swój teatr, występuje  w nim, pisze sztuki, a do tego napisał  czterdzieści książek, dwadzieścia jest przetłumaczonych na język polski. Szczęka mi opadła. Robi i godzi te dwie rzeczy o których tu piszę, o których zawsze marzyłam, bo ta drugą działką było właśnie aktorstwo.

Przyznam się szczerze, że dotychczas nie czytałam jego książek, różne słyszałam opinie na ich temat, ale po wysłuchanym wywiadzie, muszę przeczytać choć jedną. Ciekawa  jestem jego stylu, pomysłowości, sznytu.

Pisząc podjadam orzechy ziemne, ale musze przestać je jeść, bo już nakruszyłam wkoło, a i pisze się kiepsko, bo albo jedno albo drugie. Jem z tego wkurzenia chyba. Moja natura tancerki kopie mnie w duchu po moim zasiedziałym zadku: ruszaj do tańca, a żwawo! A żywo!

  1 lutego 2023

Ostatni frustrat Europy- odcinek czwarty- Kwiecień

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

Kwiecień

25.04.2015.

Tak długo nie pisałam. Tak długo mnie tu nie było, tęskniłam. Cholernie tęskniłam za pisaniem. Rozrywało mnie od środka. Nie odtworzę tych wszystkich zdarzeń oraz myśli. Nawet nie mogłam dostać się do komputera.

Było ze mną bardzo źle. Trzynastego marca byłam u kardiologa, następnie dwudziestego marca u pani profesor endokrynolog. Nabawiłam się takiej nadczynności (będąc pod opieką lekarza) od momentu urodzenia Słodziaka, że omal nie wykitowałam. Kto to przechodził, zrozumie o czym mowa.

 Choroby tarczycy, to dla mnie nie nowość. Wykryto mi ją w wieku piętnastu lat wraz z bardzo silną anemią. I przez te lata wiele udało mi się o niej nauczyć oraz  poczuć na własnej skórze, jak są postrzegane.

W ogólnym dyskursie społecznym choroby tarczycy są lekceważone, chyba że guz, to co innego, ale Hashimoto, Graves- Basedowa- czyli zapalenie tarczycy. Są to choroby związane z hormonami, no , a ich gołym okiem nie widać, dlatego wielu ludziom taka choroba wydaje się byle czym, skoro objawy nie rzucają się w oczy. Poza tym tyle się słyszy o tarczycy- ktoś, gdzieś, coś miał z tarczycą – dlatego wydaje im się nieprawdopodobne, żeby z jej powodu czuć się tak słabo.

Doprowadziłam się do takiej nadczynności karmiąc piersią, pomimo, że w grudniu byłam u lekarza, iż w przeciągu trzech miesięcy mój wynik  hormonu ft3 wyniósł ‘84’, gdzie norma jest ‘2-4’. Wyobraźcie  sobie, nie móc wejść na drugie piętro bez przystanku, bo serce chce wyskoczyć, bolą kolana, a pot spływa po całym ciele. Mój puls wynosił sto trzydzieści trzy w spoczynku, poniżej stu dwudziestu nie spadał! Schudłam tak, że wszystkie ciuchy lecą.

Wyobraźcie sobie, że nie możecie jeść i boicie się jeść, bo z suchości skleja wam się przełyk, stale się krztusicie, zjedzenie byłe jabłka jest wyzwaniem. Nic was nie cieszy. Mamcie problemy ze snem. Jesteście wykończeni. Wszystko robicie na siłę, nic z chęci.

Do tego nadciśnienie… Być może odziedziczyłam w genach i przed porodem Słodziaka z cała mocą się objawiło i jest, i będzie. Ale też może być wynikiem rzutu silnej nadczynności A wiec mam trzydzieści dwa lata i biorę tabletki na nadciśnienie. Puls nie reaguje. Potem idę do innego lekarza z tarczycą, dowiaduję się o bardzo silnej nadczynności, muszę brać leki, co nie jest proste, bo po tabletce osiem godzin nie można karmić. Słodziak nie chce chwycić butelki- żonglowanie butelkami i mlekami, po miesiącu stresu, smutku, zaczynam brać leki. I tak nie biorę zaleconej dawki, bo nie mogłabym karmić dwanaście godzin, bo tak duża dawka hormonów powinna być połknięta. A dwanaście godzin to jest zbyt długo dla Maleństwa bez piersi, gdyż zasypia tylko przy piersi lub na spacerku. Tutaj odpada mi w ciągu dnia godzina, dwie, kiedy wcześniej spał w domu, bo nie zaśnie bez piersi. Wychodzę na spacer, długi, aby się wyspał, bo jak nie, to jest marudny. A więc, na jakąkolwiek robotę ucieka mi czas, który kiedyś miałam. A jaki to był stres? Dziecko na piersi i nie chce chwycić butelki, a musi?!!! Poza tym dowiedziałam się, że w pewnym sensie byłam źle leczona, ponieważ przy nawrocie nadczynności dzisiaj zaleca się jej napromieniowanie radioaktywnym jodem. Polega to na odizolowaniu na dwa tygodnie od otoczenia, gdzie tarczycę się  traktuje jodem radioaktywnym  odpowiednio, teraz przy tak małym dziecku, nie wchodzi to w rachubę. Gdybym wiedziała wcześniej, to poddałabym się temu zabiegowi przed urodzeniem Słodziaka, gdyż Starszy jest odchowany. Kiedyś przy nawrocie nadczynności,  głównie wycinali tarczycę, teraz ja napromieniowują. A ja? Z pięć, dziesięć razy już ją miałam. Gdyż moja choroba polega na  wahaniu się, a to z nadczynności w  niedoczynność. Serce to wykańcza, metabolizm też jest do niczego. Człowiek sam sobą jest zmęczony. Choroby tarczycy to też spadek po Czarnobylu (z ust lekarza).

Do tego niespodziewanie doszła przeprowadzka. Nadarzyła się okazja: lepsze warunki i tańsze mieszkanie. I moja choroba do tego. Wszystko na głowie męża, ja mam siłę tylko na opiekę nad dzieckiem, nawet gotować mi się nie chce, choć lubię.

Dobrze, że nie pisałam, bo przez tę przeprowadzkę tyle jadu, złości było we mnie, że potrafiłabym tu tylko syczeć. Ilość gratów była zatrważająca. Do dzisiaj porządkujemy, nie możemy dojść do ładu. To bardzo utrudnia życie. I pisanie. Nie mamy jeszcze internetu, wcięło ładowarkę do laptopa, wiec ten był martwy. Coś tam bazgrałam do zeszytu, ale to nie to. Już się przyzwyczaiłam do Worda.

Piszę trochę chaotycznie, ale taki sam chaos był we mnie i obok mnie. Rozumiecie, przez co przeszłam…

Na koniec spieszę donieść, że nie ma żadnej odpowiedzi od Wydawnictw. Do  dziesiątego czerwca mam czas, ale już wątpię w to, że ktokolwiek do mnie napisze. No nic, wtedy wyślę książkę na Rozpisani.pl – jest to twór Wydawnictwa PWN- niby mają pomóc wydać, tylko pytanie: ile to kosztuje? Ktoś z Was wie?

26.04.2015

Zastanawiałam się, czy chcę być żoną, czy „ żoną przy mężu”?

Oglądałam na TVP regionalna  wywiad z pisarka Grażyną Plebanek. Trafiłam przypadkiem i zobaczyłam go w połowie, trwała promocja jej nowej książki: Bokserka.

 Plebanek wspominała swoja szkołę średnią, jak rozumiem  początek lat dziewięćdziesiątych, gdzie w obiegu były stare, popeerelowskie  dowody osobiste, z których dużo więcej można było wyczytać o właścicielu niż z dzisiejszych. Mamy tamtych uczennic miały w dowodzie wpisane zawody, tylko jedna wpisane miała adnotację: ”przy mężu”.

Jak to się ma do mnie? Ano ma.

Jeśli ja pójdę na wychowawczy, a potem rzucę pracę dla pisania (warunek: mąż musi zarobić na wszystko), to stanę się wtedy taką żoną ”przy mężu” dopóki nie zacznę zarabiać na pisaniu.

A teraz pytanie zasadnicze: kiedy mi się uda ”coś” wydać do kurki wodnej!?

Jest to balans. W pracy byłam niezbyt szczęśliwa, a ze względu na jej specyfikę nazbyt często przemęczona; gdzie tu pisać w takich warunkach, jak jeszcze jest rodzina?

Z kolei pracując zawodowo ma się oddech od przyziemnych obowiązków domowych.

Ma się inny, szerszy kontakt ze światem.

   Rodzina śpi, a ja piszę. Boże! Jaka jestem szczęśliwa, kiedy to robię, a słowa same kładą mi się pod palce. Bardzo mi tego brakowało przez tę przeprowadzkę. Tęskniłam strasznie do pisania.

27.04.2015

Teraz wiem, Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz…

Śpiewa Rojek w radio. Jakie to jest prawdziwe, a muzyka podbija sens tych słów.

Tak jest prawie ze wszystkim: kompleksami, strachem, związkiem, przyjaźnią, złudzeniami. Nawet własna śmierć może być przez nas sterowana, jeżeli chcemy ją przybliżyć. W odwrotnym przypadku,  jest już trudniej- kiedy kostucha przyjdzie pod drzwi, raczej się nie wywiniemy…

27.04.2015

Choć  czas jak rzeka, jak rzeka płynie, unosząc w przeszłość tamte dni.

Dzisiaj włączyłam radio i usłyszałam tę piosenkę Niemena. Wcześniej wiele razy ją słyszałam, nawet miałam ją na płycie, ale dzisiaj mnie poruszyła wyjątkowo. Słowa refrenu są proste, a muzyka powoli wije się jak leniwa rzeka; ale tak bardzo uderzają w sedno.  Stare panta rhei – stale aktualne.

Potem pojechałam z dziećmi do siostry, u której było jeszcze inne towarzystwo. Jedna z osób miała córkę piętnastoletnią. Wracam do tego tematu, bo pisałam już coś o tym wcześniej… Pamiętam siebie w tym wieku. I chciałabym wrócić do tamtego czasu, podjęłabym lepsze decyzje, byłabym bardziej zdeterminowana. Ale… Kto by nie chciał?

Chciałabym na powrót mieć te młode lata, bo miałabym więcej możliwości WYBORU. Dlaczego wraz z upływającym wiekiem te możliwości tak się kurczą?!

Z drugiej strony piekła ogólniaka nie chciałabym na powrót przeżywać. Uważam, że mnie nie przejrzeli. Matematyczka, stara panna, tępiła mnie, wyżywała się na mnie, codziennie pytała. Chodziłam na korki od trzeciej klasy (trzeba było się ratować), nie wagarowałam, a w tej trzeciej klasie na pierwsze półrocze byłam zagrożona. Winę ponosi także głupi galimatias systemowy. Nasz rocznik ‘83, w pierwszej klasie usłyszał, że każdy będzie musiał zdawać  nową maturę z matematyki, więc ona powiedziała: każdy musi ją umieć. Przez cztery lata to trwało, dla belfrówy była to woda na młyn; pisaliśmy próbną nową maturę. Uwaga, zdałam matematykę  bez problemu na poziomie podstawowym, uważam, że zadania były łatwe, właściwie na logikę. Po czym, po próbnej nowej usłyszeliśmy, że piszemy starą maturę, która napisałam z historii. To było chore.

Ale te kartkówki, pytania, czułam, że mnie personalnie nie lubi. Myślałam  o samobójstwie. Nigdy, jak wtedy. Nawet wybrałam miejsce. Na teczce A4 na matematyce napisałam: samobójstwo to jest wyjście. Dlatego nigdy nie przyjadę na zjazd absolwentów.

 Dlaczego wtedy się nie przeniosłam lub nie rzuciłam szkoły? Byłam zbyt osaczona, prawdopodobnie w depresji.

Polonistka też mnie nie doceniła. ”Laura przeczytaj, Laura opowiedz” – byłam klasowym lektorem. Uwielbiałam polski, historie; geografię i biologię też lubiłam. Z tego pierwszego nie zostałam doceniona na koniec, ani na maturze. Tylko jedna nauczycielka z podstawówki – wiedziała jaki pisarski potencjał we mnie drzemie. Pamiętam jak dostałam piątkę z plusem za opowiadanie: Moje z spotkanie z Kochanowskim w Czarnolesie. (Szóstek nie uznawała).

Wiem, brzmię jak się mnie czyta na głos, jak rozgoryczony, zgorzkniały frustrat. Stąd utwierdzam się w przekonaniu, że mój tytuł tego pamiętnika jest słuszny.

Gdyby tamten czas się wrócił, zdawałabym na mój wymarzony kierunek studiów. Stchórzyłam, i będę tego żałować do końca życia.

Śp. Bartoszewski powiedział, że: jak się dobrze przeżyje młodość, to potem można z niej czerpać całe życie. No właśnie. Dlatego młodość, jest taka ważna, a my młodzi wtenczas tak mało wiemy, tak bardzo jesteśmy poranieni szkołą, kompleksami, brakiem  zdecydowania i pewności siebie.

30.04.2015

Jeszcze dużo śniega musisz pojscać – mówi mój tata w stanie wstawiennictwa najwyższego.  Mówi jeszcze: Jak ja bym napisał książkę, historię rodziny, to by dopiero była książka. Może na mnie to pisarstwo przeszło.

Ten zwrot przypomina mi  strofę Francois Villona  Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi !–  z jego poematu tęsknoty za  dawnym życiem: Ballada o Paniach Minionego Czasu, spisanym, gdy siedział w celi.

Pilch wielokrotnie pisał o swojej babce Czyżowej, która była świetną opowiadaczką, potrafiła ciągnąć kilka wątków ze szczegółami jednocześnie, mając niespotykany dar i podzielność uwagi. Moja babcia Stasia ze strony ojca, też taka była, przy tym w tych opowieściach miała wiele poczucia humoru. Może nawet przebijała babkę Pilcha, babcia potrafiła słuchać i rozmawiać z kilkoma osobami na raz. Będąc przy stole, była w temacie i do tego prawiła swoje. Koniugacje, pokolenia, kto od kogo się wywodził – wiedziała wszystko.

Niestety babcia ponoć źle mi życzyła, czy nie lubiła. Powiedział mi to wróż Marcin, który była na targach medycyny naturalnej w Krakowie, rzut beretem od mojej uczelni. Aby się od tego uwolnić kazał mi nasze wspólne zdjęcie przeciąć na pół i część z babcią spalić nad świeczką. Nie zrobiłam tego, bo wydawało mi się to groźne i wredne; do tego wróża poszłam właściwie  przypadkowo.  Jednakże po tym czasie, za niedługo babcia zmarła, no a niespełna kilka miesięcy potem zaczęło mi się naprawdę układać w życiu- ot, paradoks (bo wcześniej tak nie było). Zaledwie cztery miesiące po jej śmierci poznałam mojego męża, no i patrząc na wszystkie okoliczności, jak do tego doszło, było to bardzo nieprawdopodobne, nie wdając się w szczegóły. Naprawdę to było przeznaczenie. Ktoś powie, że to był zbieg okoliczności? Być może, jednak jak zanalizowałam to później, kiedy to sobie przypomniałam, to coś  jednak w tym było. To jak wiodło mi się przed jej śmiercią i po.

Zachwalany przez ochraniarza rzekomy wróż, powiedział mi jeszcze, że mam pięciu aniołów stróżów. Ale dwoje się na mnie obraziło. Interesujące…, że aniołowie mogą się obrażać? Ciekawa jestem, od czego to zależy, ile się ma tych aniołów wokół siebie. Wcześniej sądziłam, że każdy ma tylko jednego.

Ezoteryka jest ciekawa, jednakże znam się na niej bardzo pobieżnie. Ot, przeczytam horoskop, poczytam o magii liczb… Muszę przyznać, że horoskop chiński z dwa tysiące dziesiątego roku z Twojego Stylu spełnił się mi doskonale. Charakterologicznie jestem typowym Wodnikiem- fantazji ani intuicji mi nie brakuje.

Palec Przeznaczenia wywołał poród mojej mamy dwa miesiące wcześniej, właśnie dlatego, że planety zadecydowały, że oto jest kolejna Wodniczka i musi się urodzić w ostatni dzień stycznia. Miałam się urodzić w Prima Aprilis, a więc byłabym nie całkiem serio. Nie ma we mnie Barana.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Jeśli chcesz mnie docenić, możesz mi postawić wirtualną kawę.

Dziękuję!