Laura Bellini

Na Walentynki- wersja pierwsza

Ostatni frustrat Europy- odcinek piąty- Maj

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

Maj

01.05.2015

Wow! Rozpoczęła się majówka, ale ja jej nie czuję. Zachmurzone, deszczowe niebo i porywisty wiatr, to nie dobrze jest. Fakt, że Starszy nie poszedł dzisiaj do szkoły, pomógł mi tylko odnotować ten fakt.

Włączyliśmy Trójkę późnym popołudniem, no i leciała lista POLSKIE TOP WSZECH CZASÓW. Zwyciężyła Autobiografia Perfectu, dla mnie tym top jest Biała Flaga Republiki, która dzisiaj była trzecia. Ale polskie piosenki, uwaga, tylko polskie, z cudownymi tekstami do słuchania i kontemplacji; czyż Modlitwa Breakout do takich nie należy? Nie potrzeba stricte piosenki poetyckiej by odnaleźć poezję w  dobrym bluesowym kawałku, czy innych. A Jolka, Jolka pamiętasz Budki Suflera? Jakie to epicko- grafomańskie jest. Ulubiony fragment mego męża brzmi: z autobusem arabów zdradziła go…  Można tylko mruczeć z zadowolenia.

Tańczyłam! Robiłam performance, a synowie patrzyli  na mnie i mieli ubaw. Jak ja kocham taniec! Później przypomniałam sobie, że w telewizji będzie program Taniec z gwiazdami. Jest to jedyny program z serii ‘reality’ i ‘celebrity’, który oglądam. Chętnie wzięłabym w nim udział. Telewizor nie jest podpięty tak jak trzeba, antena wisi na drucie i kręciłam tą antena by złapać program. Lubię te choreografie w których jest więcej tańca, niż show.

Nie mamy internetu nadal, nie siedzę i nie czytam przy kompie, tylko zasiadam by pisać. I to jest pozytyw. Piszę ten dziennik, myślę o opowiadaniu, chyba w końcu je napiszę (w mej głowie jest cudne, trudno będzie tak przelać na papier).

Uważam , że mam talent do wybierania tytułów. Tytuł  wymyślonego ostatnio opowiadania będzie następujący: Elvis w szafie. Następnie  Mydełko Fa. Mój wcześniejszy zbiór nosił tytuł Maski teraźniejszości. Niewydane książki, to: Umrzeć na U2, A Będziesz Mój. Tylko do mojej książki historycznej nie mam tytułu, roboczo nosi: Cecilia Sacullotti, od głównej bohaterki.

Z wydawnictw cisza.

Słuchajcie. Gdybym nie była podszyta pisarstwem, to nie tworzyłabym tego wszystkiego. Nie pisała o tym, nie wymyślała, tworzyła, przeżywała.

Idę spać. Padam.

02.05.2015

Ważyłam się w aptece. Schudłam dwanaście kilo w trzy miesiące. Tym turbo spalaczem  jest nadczynność tarczycy. Nie polecam.

Jestem zmęczona. Dziecko od dwóch tygodni budzi się po pięć razy w nocy.

Księżna Kate urodziła córeczkę. Gratulacje. Ale ta cała histeria wokoło royal baby to przesada. Dwa lata temu było jeszcze gorzej. Pielęgniarka popełniła samobójstwo. Ci wszyscy koczujący pod szpitalem; czy nie widzą, że co dzień rodzi się wiele dzieci, a na niektóre z nich nikt nie czeka, nawet właśni rodzice? Gdyby ci wszyscy spragnieni tej dobrej nowiny adoptowali po jednym dziecku, wszyscy by na tym skorzystali.

Ludzie! Przecież temu dziecku niczego nigdy nie będzie brakowało! Dostatek, luksus, znajomości; pozna ludzi i zobaczy miejsca o których inni mogą tylko pomarzyć.

Wiem, nie to jest najważniejsze w  życiu, a miłość. Ale ono może mieć to i tamto, a niektórzy tylko ‘to’. Mój mąż mówi, że ta histeria to brytyjska specyfika i my nigdy tego nie zrozumiemy.

Upiekłam carrot cake, czyli ciasto marchewkowe, bardzo popularne w Anglii! Zupełnie przypadkiem, to nie na cześć księżniczki.

Po łbie pałęta mi się kawałek Abby: One of us.

Agnetha z Abby ma wrażliwość Marilyn Monroe, a Britney Spears ma bardzo podobny uśmiech do Marilyn. O, napisze jeszcze kiedyś o niej.

03.05.2015

Szóstego  maja będę mieć usuwanego zęba mądrości. Już drugiego. Rozbija mnie to. Boję się. Po usuwaniu pierwszego już się dygam, wtedy podeszłam do tego na luzie, a potem okazało się, że o mało szczęka mi wypadła z zawisów. A teraz?

Jestem już świadoma tego co mnie czeka  i boję się.

Strach ludzki  przed dentystą jest tak pierwotny i uniwersalny.

04.05.2015

Jest  godzina dwudziesta trzecia trzydzieści dwa, usiłuję pisać. Nasze mieszkanie na ostatnim piętrze jest gorące, zwłaszcza kuchnia, w której teraz jestem. Słodziak budzi się często, nie wiemy dlaczego. Jak był młodszy, lepiej spał, a teraz się wybudza, chodzimy niewyspani  i niecierpliwi. Zwłaszcza ja jestem ta niecierpliwa, bo czekam na wieczór, by pisać. Zrobiłam kolację, pomyłam gary i rozwiesiłam pranie oraz załadowałam bęben pralki  na juto z kolejną porcją prania. Czytam to, co  napisałam wcześniej, ale zasypiam. Nie z nudów, a zmęczenia. Walczę, ale czuję, że się poddam. Nie ma sensu w takim stanie pisać, mózg na innych obrotach pracuje, jeszcze klapnę głową na klawiaturę i przypadkiem jakąś część tekstu wykasuję. Powinnam archiwizować to co piszę, ale moje usb wcięło, nie możemy się jeszcze do końca tu odnaleźć, zwłaszcza w dużym pokoju. Mąż mi pochował. Dobrze, że nie mnie, a tylko usb.

Wymyśliłam nowe opowiadanie, pt.: Maj. O kobiecie, która wpatruje się w ogród zza okna tarasu, zza szyb. Wszystko wkoło rozkwita, ale ona jest jakby martwa. Wszystko się zmieniło od ostatniego dnia. Poznała diagnozę. Rak jajnika. Pokazać tę dychotomię przed i po.

Przeczuwam, że po erze na grube knigi i kryminały wraca czas na krótkie formy: opowiadanie, nowele, esej. Ciekawa jestem, czy dobrze wieszczę. Oczywiście, pewnie się przekonamy. A jest dwa tysiące piętnasty  rok.

06.05.2014 Aj!  2015!

Łapię się na tym, że co rusz wpisuję tu datę 2014 rok, a jest 2015, a ja nie zdążyłam tego zauważyć. Może to wynika z tego, że jestem w domu na urlopie, a nie w pracy, gdzie daty były obligatoryjne.

Powinnam być po zabiegu usunięcia konfliktowego zęba mądrości, jednakże nie jestem. Trochę się cieszę, że siedzę przed komputerem bez bólu, z drugiej strony miałabym to za sobą. Nie byliśmy wstanie wstawić się tam rano, po kolejnej, acz prawie całkowicie nieprzespanej  nocy. Słodziak, acz bardzo słodki, bardzo niespokojny. Wyżynają mu się ząbki, dwójka na górze i dole po tej samej lewej stronie. Do tego złapał katar. Budzi się co trochę, a ostatnie dwie noce były pod tym względem tragiczne. Zasnęliśmy jak świtało, a że nasze osiedle spowiły grube deszczowe chmury, przy spadających strugach deszczu nie usłyszeliśmy budzika, co zdarzyło nam się dopiero drugi raz wspólnie. Deszcz zagłuszył go, a nas sfatygowanych po nocy ukołysał do snu, jednak nie na długo, bo Słodziak się obudził i stwierdziliśmy, że  nie zdążymy się zebrać. Co prawda, gdybym ja sama umyła zęby i pognała na łeb i szyję, może bym zdążyła, jednak w warunkach ulewnych opadów atmosferycznych, na czczo, nie miało to sensu. Po takim zabiegu nie ma możliwości normalnego jedzenia, do tego ból, przynajmniej przed powinnam była zjeść  porządne śniadanie. A tak? Zresztą jak by to wyglądało po zabiegu, obolała, nie mogąca dźwigać, a dziecko trzeba dźwigać stale, no byłoby ciężko. Mąż zamiast pójść spać, walczył z remontem do drugiej w nocy, no a dalszy ciąg pobudek zafundowany przez Maleństwo już znacie.  Starszy Przystojniak też nie poszedł do szkoły, gdyż dopadła go infekcja gardła. Wszyscy jesteśmy obolali, niewyspani, rozdrażnieni. Ja poirytowana do tego tym, że moja sytuacja na rynku wydawniczym martwa, co nieuchronnymi krokami zbliża mnie do powrotu do pracy. Nie chcę! Nie to, że jej nie szanuję, bo z niej żyjemy, ale to nie jest to, co chcę robić, do licha! Kiedy mam to zmienić, jak nie teraz? Właśnie to buzuje we mnie, i pomimo, że jest wpół do jedenastej w nocy i nie jestem całkiem przytomna, zasiadam do komputera. Muszę walczyć, muszę pisać! Tylko poprzez pisanie, posunę się o pół kroku do przodu. Tylko pisząc, zbliżę się do mojego celu. Nie ma co biadolić, tylko trzeba pisać, no i promować siebie, nagłaśniać, zachwalać to, co się zrobiło. Dlaczego rynek jest tak nieprzychylny debiutantom? Dlaczego wkoło mówi się o autorach kryminałów w mediach, bo na podstawie ich książek powstają scenariusze filmowe? Rynek wydawniczy ma się równać sprzedaż? Komercjalizacja. Brakuje bezinteresownego mecenatu. Wydaje mi się, że są układy i układziki. Ten popiera tego, bo znajomy go poprosił, bo ten drugi dla pierwszego zrobił kiedyś przysługę, bo tak jest łatwiej, bo tak jest modniej; i.t.p. Znajomy znajomego, ręka rękę myje, niepisane, szemrane układy, dziennikarka udziela noclegu pisarzowi, wzajemne korzyści, ale promocja drugiego. Nie wiem czy wydawcy są tak leniwi i nie chcą podejmować ryzyka, czy tylko opłaca się drukować amerykańskie i skandynawskie przekłady? Czy chodzi o to, by wielką reklamę kręcić obcojęzycznym pisarzom, a w Polsce kisić się we własnym, utartym sosie, bez nowych smaków? Czuję bezsilność, trochę żalu. Wiem, że do końca jeszcze tak nie zawalczyłam, ale jak skończę książkę i zbiór opowiadań, to ruszę z ofensywą. Wyślę ją do wszystkich, nawet najmniejszych wydawnictw, napiszę listy polecające, prześlę recenzje. A jak nie będzie odzewu, postaram się wydać je półprywatnie, bo i takie wydawnictwa powstają, z taką ofertą. No, a potem powysyłam maile do dziennikarzy działów kulturalnych różnych gazet, z informacja o nowości i z prośbą o rzucenie okiem. Być może ktoś się obudzi z letargu i zauważy interesującą nowość. Wystarczy trochę szumu, reklamy, no i szczęścia, a dalej się potoczy. Oczywiście każdy z tych pisarzy szczęśliwej bądź nie wypromowanych, pracowało na swój sukces, z tym, że jedni bardziej, a inni mniej i to jest ta różnica. Bolesne jest to kiedy ten wielki balon reklamy, nie zawsze jest zasłużony. Media są pazerne, ale wybiórczo.

Czy wiecie, że pisanie to praca w samotności, w pojedynkę, bez kontaktu z żywymi ludźmi, a papierowymi postaciami, jednakże, jeśli to się kocha, to jest to najcudowniejszy czas, pełen akcji i obfity w przeżycia wewnętrzne, bardzo budujący: zaryzykuję stwierdzenie – wraz z rozwojem słowotwórczym wzrasta rozwój osobisty: mentalny i duchowy, wielowymiarowy.

Nie mówię nikomu, że aktualnie piszę, tzn. mąż i syn wiedzą, ale zachowują to dla siebie na moją prośbę. Jest to śmieszne kiedy trzydziestodwuletnie kobieta, z dwójką dzieci, domem i pracą roi złudzenia, bajki o pisaniu, gorzej, utrzymywaniu się z tego. Dla tych, którzy nie kumają tego co mi w duszy gra i tego, że to nie mrzonki, a  moje plany, które coraz bardziej konsekwentnie realizuję, jest to bajanie, fantazjowanie, być może niedojrzałość i niskie poczucie odpowiedzialności za dzieci. Dla większości pewnie wypociny, bo dziewczyno, skoro żadnych złotówek z tego nie masz, to po co marnujesz czas?  Dlaczego żyjesz złudzeniami, a nie rzeczywistością, tak jak ten Kowalski, który przed każdą kumulacją w lotto podnieca się, co zrobi jak wygra, a tak naprawdę po losowaniu zostaje z ręką w nocniku? Tak samo jak ty, żyje złudzeniami. Odpowiem: ok. Tylko, co jak ten Kowalski statystycznie kiedyś wygra? Jest to możliwe, dlatego moje zaistnienie pisarskie też ma taką szansę, może jedną na milion  sześćset ileś tam obywateli, jak mówi rachunek prawdopodobieństwa, ale ma.

Całkiem poważnie. Nie mam ochoty na  ten temat gadać po próżnicy. Za stara jestem. Zbyt długo o tym nie mówiłam, bo, kiedyś dawno temu, to klepałam na okrągło, że chcę pisać. Teraz nie klepię, a realizuję to, o czym mówiłam. Tak naprawdę, to jest moja sprawa. Dojrzałam do tego, że moje porażki i zmagania są dla mnie, a nie rodziny dalszej. Dla rodziny to powinny być sukcesy, bo tylko wtedy popatrzą na ciebie jak na człowieka, a nie ufoludka. Brutalnie, ale prawdziwie. „Bo, przecież Ty… Co możesz mieć takiego do napisania… dziecino”- aż ciśnie się na usta niektórym, a ja z tych ust umiem wiele wyczytać.

Dla mnie pisanie jest przyjemnością, ale i pracą. Nieprzymuszoną, wybraną z własnej woli. To ja ustalam wyzwania, wynajduje czas, pracuję- tworzę i rozliczam się z tego przed sobą. Nagrodą są rozbudowujące się teksty i satysfakcja z pisania oraz nie umierająca nadzieja. Nadzieja – to jest bardzo dużo dobrego, chciałabym, aby zawsze była. Jest potrzebna.

                Do jasnej ciasnej! Czy wiecie co jest nie tak, kiedy kursor w trakcie pisania przeskakuje wam po tekście? A potem trzeba łapać go i rozklejać nieidentyfikowane wyrazy, co spowalnia, utrudnia pisanie. Szlag by trafił, tfu, to cholerstwo…

Dzisiaj też trafił mnie szlag, kiedy jednym uchem złowiłam program z telewizji z sąsiedniego pokoju, robiąc zapiekanki. W skrócie, kobiecie z Wrocławia odebrano dzieci, bo była otyła i biedna. Ale ta sama kobieta opiekowała się chorym ojcem. Panie z MOPSU i sędzina zrujnowały psychikę dzieci, które wisiały na płocie placówki zastępczej i błagały matkę, aby je stamtąd zabrała, bo one mogą spać nawet na podłodze, byle z mamą.  Nie wiem, ale sądy z wymiaru sprawiedliwości stają się domiarem niesprawiedliwości. Bieda? Czasem nie jest winą pojedynczego człowieka. Jeśli taki rodzic samotny znajduje się w trudnej sytuacji, państwo powinno pomóc, i nie mówię o zasiłku, a pomocy w znalezieniu pracy, po to by móc stanąć na nogi. A tak państwo dba tylko o interes rodzin zastępczych, by kręcił się interes. Znieczulica, nieuctwo! Czy wiecie, że do wielu zawodów nie ma przeprowadzonych badań psychologicznych pod kontem weryfikacji kandydata, czy nadaje się do tego? Tak jest w przypadku, np. psychologów, pedagogów. Często są to osoby przypadkowe, bo poszły na takie studnia i choć nie nadają się, to ciągną, bo gdzieś  pracować muszą. Brakuje empatii. W Mopsach też jest wiele osób przypadkowych, po znajomości, które później kursami i studiami za kasę niby nadrabiają dla posady. Ale nie mają ani predyspozycji, często wiedzy, a do tego są nieżyczliwe, złośliwe lub są ignorantami kompletnymi! Co tu dużo mówić, dyletanctwo kwitnie. Zróbmy coś z tym, proszę WAS.

07.05.2015

Mam dobrą passę w pisaniu. Gdybym w przeciągu dnia mogła usiąść, miałabym więcej tekstu. A tak mam już dwadzieścia pięć stron czcionką numer  jedenaście. Nieźle, co? Ciekawe ile napiszę i finalnie ile tego będzie w grudniu. Bo planuje się tutaj frustrować do końca roku.

Gość o nicku ParalitykPaliFajkeWodną zarzuca mi, że piszę w kółko o tym samym. Drogi ParalitykuPFW dziękuję, że mnie uważnie czytasz. Ale jak sam tytuł wskazuje, że się frustruję, a najbardziej frustrują mnie rzeczy niezmienne w moim życiu, więc z przykrością musze stwierdzić, że jeżeli nic nie drgnie lub się nie zmieni, to wciąż odnajdziesz tu moje frustracje o różnym natężeniu. Sorry, taki mamy klimat, pozwól, że zacytuję klasyczkę Bieńkowską.

08.05.2015

Nie jestem w stanie odtworzyć tego, co się wczoraj w nocy ze mną działo. Wpadłam na super pomysł. Tak mnie podekscytował, że nie mogłam zasnąć. Trzeba mi było wstać i to zapisać.

Chodzi o moje myślenie… Kiedy tradycyjne metody zawiodą, mam na myśli wydawanie droga tradycyjną, to mogę wziąć sprawę w swoje ręce. Słyszeliście o self-publishingu?

Zwyczajnie, planuję założyć moją stronę autorską i oprócz wpisów blogowych, sprzedawać moje nowości- książki w postaci e-booków. Nie jest to nie wiadomo jak innowacyjne, bo widziałam u niektórych blogerów takie próby, zwłaszcza tych medyczno- witalnych na tematy zdrowotne. Niektórzy sprzedają na Amazonie.

Większość wydawnictw to molochy o piramidalnej budowie, którym nie opłaca się wydawać debiutantów, by na tym nie stracić. Koszty wydania wzrastają: od edytorów, po grafikę, drukarnie i dystrybucje, nie mówiąc- reklamie. Im musi się to opłacać, stąd tak wiele jest w nich asekuranctwa, lubią drukować to, co lubi się sprzedawać, najpewniej nowości uznanych już autorów, czy też autobiografie, książki dla dzieci napisane przez  gwiazdy prowadzące telewizję śniadaniową; bo liczy się samo nazwisko, które już jest dźwignią handlu. Nie liczy się już tak bardzo co, tylko kto sygnuje dzieło.

Zdaję sobie z tego sprawę, że  do mojej strony autorskiej  większość nie dotrze, ale będę miała możliwość dzielenia się tym co piszę, a może i parę groszy wpadnie na konto. Akurat postęp bardzo sprzyja takim jak ja. Jeśli do dziesiątego czerwca żadne z wydawnictw nie odezwie się w sprawie bajki, to ona będzie pierwszą, którą wystawię. Nie będzie wygórowanych cen, za bajkę piętnaście złotych. Następnie chcę udostępnić zbiór opowiadań i tu cena będzie około dwudziestu złotych. Ale jeśli napiszę książkę historyczną, tę, którą piszę już około dziewięciu lat i jeśli ją skończę to cena będzie adekwatna do pracy ok. czterdziestu złotych. Ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli jest się tanim,  samych siebie się nie ceni, to nie docenią cię pozostali. Bo ceni się to, co jest drogie. Ale ja nie chcę oszukiwać ludzi.  Darmowo będą dostępne pierwsze rozdziały książek, bądź jedno opowiadanie – wtedy nie zakupią kota w worku.

Trzeba mi było wcześniej o tym pomyśleć.  A nie teraz… Lepiej późno niż wcale.

Dzisiaj robiłam spontaniczne zdjęcia na stronę. Zależy mi, aby stronę zrobić tanim kosztem, nie więcej niż za pięćset złotych, bo na więcej mnie nie stać. Może znajdę jakiegoś młodego, chętnego informatyka; przeczeszę internet w tej sprawie.

Lubię te momenty podniecenia, wiary we własne pomysły i ich powodzenie! Aby ten zapał nie opuszczał mnie na długie momenty, nie trwał tyle co wypalenie zimnego ognia, a tyle co powolne napełnianie kapiącymi kroplami deszczu beczki. To pomaga, cholernie motywuje kiedy jest się na fali.

Opowiadania, myśli na temat strony, pisania, również dzisiaj mnie prześladują. Dwa opowiadania właśnie mam już ułożone w głowie, i za chwilę zabieram się za napisanie pierwszego z nich. A jest godzina dwudziesta trzecia dwadzieścia siedem.

Niektórzy psychologowie mówią, że kiedy nie ogarniasz życia, to znaczy, że nie ogarniasz czasu. Dlatego kiedy okiełznasz czas, poczujesz, że masz we władaniu własne życie i kontrolę nad nim.

A więc chodzi o organizowanie się, o planowanie, stwarzanie list na papierze, bądź w głowie i ich realizowanie. Poczucie sprawczości. W części się zgodzę. Ale życie nie jest taką sztuką, która przebiega według planu, listy. Sama chciałabym je mieć takim uporządkowanym, ale się nie da, gdy nie jest się samemu. Wszystkie listy znikną, kiedy dziecko jest chore na przykład. Trzeba umieć być flexi. Ja plany głównie mam w czaszce. Od wielkiego dzwonu zapiszę je na kartce, i wtedy nie pragnę ich ni mniej, ni bardziej.

 Na koniec wracając do mojej strony internetowej, chcę się za nią zabrać w czerwcu. Za miesiąc. Wow! Wyjdę ze strefy cienia, wreszcie… Ale przedtem intensywne pisanie. Zobaczymy, ile da się napisać w miesiąc. Oczywiście, będę tu meldować postępy. A teraz zabieram się za opowiadanie.

09.05.2015.

Godz.02.16

Napisałam dwa opowiadania. Hurra!

11.05.2015.

Słodziak ośmioipółmiesięczny powiedział do mnie: mama. Siedział w foteliku w kuchni i w momencie kiedy się schylałam po niego, tak mi powiedział. Chciał, aby wziąć go na ręce. I to nie są jego pierwsze słowa. Pierwsze było: dziadzia, potem baba, następnie tata, a na końcu karmicielka: mama. Jeszcze  zostało mu do nauki: brat. Ogólnie wszystkie sylaby mówi, od maluśkiego kiedy mówił: le, zawsze wtedy kiedy chciał piersi, naprawdę to było świadome, bo przy tym szukał jej w mojej bluzce i mówił: le. Nie było płaczu, tylko – le, nawet z krzykiem i pretensją. Nie ma problemu z mową, ale Starszy też nie miał. Jako roczne dziecko mówił zdaniami, jak czytałam książeczki które znał, to jak zaczynałam wierszowane wersy, to on kończył. Książki, dużo zabawy klockami, dużo uwagi i są efekty, chwaląc się nieskromnie, jako sześciolatek poszedł do szkoły, a obecnie czwartoklasista jest olimpijczykiem w skali krajowej.

Nie chcę zbyt dużo tu pisać o samych dzieciach, bo nie ma nic gorszego dla innych niż przechwałki na temat cudzych dzieci. Gdybym tu miała pisać tylko o dzieciach, to ten dziennik powinien się nazywać: od kołyski do Harvarda.

Nie o to mi chodzi. Oczywiście zapisuję tu takie momenty, dla mnie ważne: jak pierwsze mamo, czy pierwszy ząbek. Ale jednak bardziej piszę o dzieciach w kontekście zmagania się z wielowymiarową rzeczywistością. Próbuję odpowiedzieć na pytanie jak być dobrą , uważną mamą, i do tego spełniać swoje marzenia. Jak to robić, by nie  działo się to kosztem dzieci. Co jest korzyścią dla dzieci: szczęśliwa mama, czasem zajęta i niewyspana, czy mama zmęczona, zobojętniała na inne sprawy, ale cały czas dostępna, w stu procentach poświęcająca swój czas dzieciom, nawet wolne chwile oddająca dzieciom, np. kiedy zasypiają, to ta mama prasuje im ciuszki.

Ja zrezygnowałam z takich głupstw jak prasowanie, no chyba , że to akademia i biała koszula do garnituru, to wtedy tak; ale reszty ubrań nie prasuję. Kiedy pranie się starannie powiesi na suszarce, to naprawdę nie jest wtedy wymięte. I ważne, aby przedtem obroty pralki nie były zbyt wysokie, np. osiemset obrotów na minutę. Wykonuję rzeczy istotne, ale nie bawię się. Nie cackam się na przykład ze sprzątaniem. Kiedy zadbam o zakupy i potrawy oraz żeby mieli czyste ciuchy, to resztę czasu wolę poświęcić im, pośmiać się z nimi, pogadać, pobawić niż pucować , prasować, dopieszczać, by mieli wkoło idealnie. Wolę te trochę energii zostawić na pisanie.

A kiedy trochę już sobie popiszę, to wtedy moje baterie się ładują. Jestem bardziej cierpliwa, naprawdę!

Na przykład dzisiaj już chodziłam niezadowolona, że wczoraj nic nie napisałam. Jak struta. Mam wrażenie , że nie wykorzystuję czasu, urlopu; że nie pracuję na zmianę nie tylko swojej, ale również dzieci egzystencji. A wiem jaki potencjał we mnie drzemie. Przeczytałam napisane przeze mnie dwa opowiadania, które były wcześniej przemyślane, no i są bardzo dobre. Naprawdę. Napisałam je z łatwością, dosłownie tak jakbym recytowała tekst. Błyskawicznie i dobrze. Kocham takie chwile. Niestety nie zawsze jest taka łatwość, nie zawsze efekty są tak zadawalające. Czasem zastanawiam się nad niektórymi wersjami akapitu czy zakończenia, ale bywają momenty objawienia, kiedy tekst zapisuję, bo lektor dyktuje mi go w głowie. Tak jak w disnejowskiej bajce: jest aniołek i diabełek, którzy podpowiadają, tak i ja czasem mam lektora, który precyzyjnie podaje mi tekst.

Dlaczego wczoraj nie pisałam? Bo były wybory prezydenckie. O osiemnastej pojechaliśmy zagłosować. Później  oglądaliśmy wieczór wyborczy w TVP 1. Około dwudziestej drugiej włączyłam kompa, ale nie mogłam się skupić. Co chwila biegałam do telewizora i słuchałam komentarzy. Otworzyłam bajkę, przeczytałam ją , bo dawno tego nie robiłam i chciałam po czasie zobaczyć, czy nie ma błędów, sprawdzić czy jest dobry rytm podczas czytania. Jest.

Co do wyborów, wahałam się do ostatniej chwili na kogo zagłosuję pomiędzy trzema kandydatami i dodam tylko, że nie głównymi.

Co do Bronisława  Komorowskiego, to już dawno, kiedy odmówił udziału w  debacie, wiedziałam, że to jest starzał w stopę. Jednak wielu ludzi ją oglądało, ja także i zasiadłam do telewizora z przeświadczeniem, że to ona wyklaruje na kogo zagłosuję. Przez samą nieobecność  nie zaprezentował się zwyczajnie, po drugie pokazał arogancję, jak gdyby prezydent  nie mógł się zniżyć do poziomu debaty z kandydatami.

Czarę goryczy według mojej oceny była jego wypowiedź następnego dnia, że debata była  żenująca i ręka boska go broniła, ŻE TO NIE BYŁA DEBATA, A EXPOSE. Nie uważam debaty za żenującą, szkoda, że pan prezydent nie ocenia tak swojego zachowania w parlamencie Japonii,  w którym jego delegacja nie zachowała się jak dyplomacji przystoi, a  jak dzieciarnia.

Expose nie expose, mógł wygłosić własne, tak jak pozostali. Uważam, że bardzo sobie tą odmową zaszkodził.

Przesadził po ogłoszeniu wyników, że w przemówieniu od razu mówił o chęci wzięcia udziału w debacie, której wcześniej tak unikał. Zrozumiał swój błąd? Mógł poczekać  z tą gotowością przynajmniej do dzisiaj. Nagle się wszyscy obudzili i chcą realizować postulatu Pawła Kukiza, bo zdobył on tak duże poparcie.

Polityka jest bardzo brudna, a niestety ma tak duży wpływ na nasze życie poprzez gospodarkę i ustawy społeczne.  Jesteśmy w systemie i od niego zależni. Popieramy bądź nie, ale sztab ludzi. I to my ich utrzymujemy!

Jest  dwudziesta trzecia czterdzieści sześć. Biorę się za nowe opowiadanie.

12.05.2015

Godz.03.05.

Kolejne dwa opowiadania gotowe!

13.05.2015

Godz. 02.24.

Napisałam opowiadanie. Jestem głodna, zaraz zjem kanapkę z dżemem. Tak trzymać.

Godz.22.47.

Właśnie zakończył się drugi półfinał Ligii Mistrzów. Real kontra Juventus. Kibicowałam tym drugim i obstawiałam, ze wygrają. Wow, udało im się, bo uzyskali wynik 1:1, ale u siebie Juve wygrało  3:2. Finał: Barcelona- Juventus. Kibicuję Juve, mając w domu ‘death’ fana Barcelony – Przystojniaka.

Zadowolona jestem z ostatnich postępów w pisaniu.

Mogłam wcześniej wpaść na te krótkie formy, miałabym dzisiaj stosy opowiadań, a nie żyłować się powieścią historyczną, która wprowadzała mnie w dużą stagnację. Miałam momenty dużego z nią zbliżenia i z chronologią, historią, ale za każdym razem odchodząc od tego na dłużej, wszystkie wcześniej wyłapane niuanse gdzieś mi uciekały, zapominałam. I tak się działo cyklicznie. Na razie odchodzę od niej świadomie i nie zamierzam się łajać. Skończona bajka, być może pojawi się kolejna część, pisana powieść współczesna plus opowiadania- to i tak dużo jednocześnie, przywołując wcześniejsze okresy. Często pisałam zrywami, ale ostatnio moja determinacja mnie samą zdumiewa, piszę do trzeciej w nocy.

Podoba mi się ta dyscyplina, obowiązkowość. Niedawno właśnie miałam przemyślenia na jej temat. Wspominałam czasy ogólniaka do którego dojeżdżałam. Kiedy miałam siedem lekcji to byłam w domu dopiero o szesnastej, potem jakiś obiad i zanim się zabierałam do lekcji, bywało późno. Nie raz było tego dużo, wypracowanie, etc. Pisało się do nocy, jak trzeba było przynieść gotowe na następny dzień. Wisiał nad nami – uczniami tak zwany- bat i człowiek potrafił się bardzo zmobilizować. Niemożliwe stawało się możliwe, człowiek tak się sprężał, że czas ulegał kondensacji i się wyrabiał.

Sama sobie chcę narzucić  taki rygor. Przynajmniej jedno opowiadanie dziennie stworzyć.

Jak na razie piszę, nawet dwa opowiadania niekiedy. Piszę jak w transie. Czuję, że tylko ta moja praca ma sens. Czuje, że właśnie pisaniem jestem w stanie coś zwojować dla nas wszystkich. Wiem, że nie mogę lekceważyć, marnować tego powołania, które tak silnie odczuwam.

Zrobiło mi się zapalenie spojówek, zwłaszcza w prawym oku, od kompa. Już diagnozuje się sama. Mąż też miał. Zostały mu krople, to wykropię w swoje chore oczy. Szkoda mi czasu na głupstwa, np. dzisiaj wzięłam prysznic, a już głowy nie umyłam, bo dwa mycia, odżywka, rozczesywanie… Nie chcę teraz czasu tracić, bo musze popisać. Dlatego na głowie mam kołtun spięty klamrą i opaskę. Nie rozmieniam się na drobne. Działam.

14.05.2015

Godz.23.52.

Przed chwilą przeczytałam wszystkie napisane przeze mnie ostatnio opowiadania. Dobre. Podobają mi się, naprawdę. Wewnętrznie jestem uhahna, czyli bardzo zadowolona z tego, że tak dobrze mi poszło.

Napisałam wszystkie opowiadania, które miałam już wcześniej w głowie. Teraz czekam, aż przepłyną kolejne. Choć już dwa, widzę daleko na horyzoncie. Pozwolę im dopłynąć.

Nadal rozmyślam o autorskiej stronie. Poszukuję firmy, która zrobi mi stronę, najlepiej studenta informatyki… Nie jest to takie proste.

Napisałam do gościa z moich okolic, bo prowadzi firmę z dostawą internetu i sprzętu komputerowego, okazało się, że samych stron de facto nie tworzy, ale współpracuje z firmą, która je wykonuje na zamówienie, ale koszt około trzech tysięcy złotych. Dla mnie jest to cena zaporowa, ale pilnie poszukuję nadal, bo bardzo mi zależy.

Zanim znajdę, a potem zanim ustalimy projekt i w końcu nastąpi realizacja, to też miną tygodnie, a ja nie chce czekać długo, bo w sierpniu kończy mi się urlop macierzyński.

Siedziałam na internecie w telefonie, ale jest niewygodny w takim szukaniu. Nie mamy jeszcze w mieszkaniu stałego łącza, może już jutro będziemy załatwiać ten internet. Mamy na oku firmę działającą na  naszym osiedlu.

Napisałam dwie zakładki na stronę: współpraca i poznaj mnie. Stworzyłam to z lekkością i efekty są zadawalające.

15.05.2016

Kosiarki poszły w ruch.

Wiosna.  To jedno mnie irytuje, kiedy budzi się wiosna.

Kto to widział, ażeby ogromne połacie trawników ścinać małymi, ręcznymi kosiarkami, które emitują niebywały hałas, przy tym taki delikwent – operator – cały dzień wymachuje tą kosiarką na prawo i lewo z słuchawkami na uszach (nie wierzę w ich skuteczność), lepszych ćwiczeń nie znalazłby na siłowni. Gorzej, na boisku koszą tak trawę! Dlaczego, gdy byłam dzieckiem wjeżdżał traktor z kosiarką i za pół godziny boisko, łąki były ścięte?

Ryk kosiarki od rana do nocy… Piski dzieci na rolkach, rowerkach, dobiegające z podwórza. To jeszcze wytrzymuję, ale  siedzących panów pod moim balkonem na ławeczce wspólnoty, wznoszących bojowe okrzyki po wypitej gorzałce, już nie!

Zimo! Błogości moja!

Ciszo! Spokoju święty…

Można było żyć! Pisać! Funkcjonować. A teraz nawet okna nie można mieć otwartego, bo sączy się ten alkoholowy jazgot do domu, ten ryk i smród spalin…

Rozpraszacze. I te promienie słońca, bez rolet nie do wytrzymania….

Jesienne słoty! Szarugi, długie wieczory – gdzie jesteście?!

Wtedy odnajduję spokój. Senność także.

 Ale tak jak wtedy mi się piszę, to nigdy.

16.05.2015

Godz.00.33.

Napisałam krótkie opowiadanie.

Nie mamy pieniędzy, nie pisałam o tym tak wprost. Wiecie, schudłam tyle, a nawet nie mogę się tym nacieszyć, kupić ciuchów w mniejszym rozmiarze, dopasowanych, tylko stare wiszą na mnie. Bo nie mam forsy na nic dodatkowego, tylko na jedzenie, opłaty, pieluchy , ale nic ponad to. Jeszcze z jedzeniem muszę  się wysilać. Aktualnie nie stać mnie nawet na oliwę z oliwek dobrej klasy, zamiast kupować chałę, używam do wszystkiego oleju rzepakowego za niecałe sześć złotych.

Przeprowadzka nas szarpnęła, malowanie. W dwóch pokojach na suficie wiszą żarówki, musimy kupić żyrandole, są jeszcze niedoróbki, które musimy zwalczać. Ale mieszka się zdecydowanie lepiej.

Żeby była jasność, nie mamy żadnych oszczędności, a długi; dlatego nasza sytuacja z dnia na dzień i miesiąca na miesiąc, od pensji do pensji się nie poprawi. Każdego miesiąca są te napięcia finansowe i będą nadal. Dzisiaj zapłaciłam za badania krwi  sto sześćdziesiąt osiem złotych, nierefundowane. Na wtorek potrzebuję stówę na wizytę do endokrynologa. Zbliża się Dzień Dziecka, mam dzieci i chrześniaków. I najważniejsze, za tydzień chrzciny Słodziaka. Skąd na to wszystko wziąć?

20.05.2015

Godz.22.19.

Boli mnie gardło. Ale dzisiaj przychodzę z inną refleksją. Kogo tak naprawdę interesują zmagania młodej matki, młodych rodzin o byt i spełnianie siebie? Kto chce czytać o takich problemach i ich rozwiązywaniu? Nikt?

Dlaczego promuje się książki o uzależnieniach od narkotyków, alkoholu; pijackie wizje, historie kaców mają być opowieściami o życiu?! Czy naprawdę chcecie czytać o delirium, o paranoikach, alkoholikach z wyboru, a nie ciekawsze są dla was losy osób, które centa nie wydadzą na alkohol, bo nie mają, bo im szkoda, bo wolą dziecku kupić bobo- fruta? Jak dzielą złotówkę na cztery, jak czarują potrawy mając tylko podstawowe składniki?

Co, nudne, bo to znacie? A chcecie czegoś innego: opowieści dewiantów, którzy patrzą na świat i ich nałóg staje się soczewką odbijającą nasze przywary, fałsz świata?

Chcecie ulżyć sobie i pomyśleć: inni mają gorzej!

Dlaczego prawda was nie interesuje? Życie codzienne, zwykłe, to dopiero są dylematy i dramaty. Gotowe scenariusze.

21.05.2015

Z końcówką ubiegłego roku widziałam reportaż o jednej rodzinie, która żyła w odległej wsi, z dala od sąsiadów. Rodzina ta składała się z małżeństwa i siedmiorga dzieci. Oczywiście głowy rodziny w nim nie było, alkoholika znęcającego się nad swoją żoną niepijąca. Problem polegał na tym, że to matka nie miała gdzie pójść  z dziećmi. Czyli ofiara musi uciekać, ofiara zostaje ubezwłasnowolniona, poprzez kolejne ciąże, brak pacy, a więc jakiekolwiek własne środki pieniężne.

W programie były też panie z opieki społecznej, które znały sytuacje i matkę, no i broniły jej.

Matka relatywnie młoda, ładna i życiowo mądra. To ona się wypowiadała o swoim życiu mądrze i tak szczerze. Zapadły mi jej słowa w serce, kiedy powiedziała o tym jak w przeszłości wyobrażała sobie swoje życie. Nie sadziła , że nie będzie pracować i że będzie mieć tyle dzieci.

Mąż na początku małżeństwa nie pił. Dopiero z czasem wciągnął się w nałóg, aby podtrzymywać małżeństwo, żeby ona od niego nie odeszła, robił jej kolejne dziecko. Nałóg się pogłębiał, zaczęły się awantury, walka o pieniądze. Tak szczerze ta kobieta mówiła, że nie wyobrażała sobie swojego życia, że ono takie właśnie będzie.

Czyja to jest wina? Młodości, ich obojga? Nierównych szans rozwoju ze względu na pochodzenie, status i region?

Dla mnie jej historia jest uniwersalna, bo większość z nas nie wyobrażała sobie, że własne życie będzie właśnie takie. Zazwyczaj każdy spodziewał się czegoś lepszego, oczekiwał w duchu, że coś na niego czeka, coś dobrego, lepszy start. A  tu nie jest lekko, jest gorzej niż się spodziewaliśmy. I jak tu nie stać się frustratem…?  Oczywiście zamiast tylko konstatować i użalać się, można coś (niektórzy) z tym robić, samemu, i ja właśnie poprzez pisanie fedruję taki chodnik w moim życiu. Nie mówiąc o tym, że samo fedrowanie daje mi satysfakcję.

Jak już piszę o horrorze biednych dzieci, to w moim bloku, po przeciwległej stronie jest taka rodzina. Ojciec lekarz, pięcioro dzieci. Kraty w oknach. Dzieci już dorosłe, część w zakładzie, ale pozostałe znerwicowane, po prostu chore. Widuję dwóch synów, którzy muszą chodzić pędem wkoło osiedla i wypacać stres, przy tym gadają sami do siebie i ich ciało drży. Byłam świadkiem jak ten ojciec, gościu po sześćdziesiątce przyjechał z jednym z tych synów z zakupów i jak się do niego odnosił. On warczał i szczekał, skakał przy tym jak nazista, niemalże piana mu leciała z ust. Wyżywał się, gdzie i co jak ma wykładać ten syn z bagażnika samochodu. Traktował go jak eunucha, tragarza, śmiecia. A ten syn- wysokie bydlę, ani nie zająknął się przed swym ojcem tyranem.

 Od dziecka będąc w takiej spirali terroryzowania, nie można być normalnym, słyszałam o biciu. I co ja  mogę teraz zaradzić, jak te dzieci do szkoły nie chodzą, nie pracują, są zależne od ojca tyrana? Ten facet widział mnie i ani przez chwilę się nie maskował, a  mój mąż , który był w domu na drugim piętrze, w toalecie, słyszał darcie się, więc wyobraźcie sobie, jakie to były decybele.

Niektórzy nie powinni się żenić i mieć dzieci.

22.05.2015.

Czuję się wypalona z pisaniem opowiadań na razie.To było bardzo intensywne doświadczenie z mojej strony.

 Ze stroną nic nie robię, bo nie mam kasy, czekam na czerwiec, gdzieś po Bożym Ciele coś ruszę. Bo teraz i chrzciny, a potem mój występ w szkole syna z prezentacją mojego zawodu. Po co ja się zgodziłam? Teraz musze się przygotowywać na następny piątek. Fakt, jestem na macierzyńskim, ale w mojej pracy długi urlop jest stresem, gdzie wiele rzeczy się zapomina i trzeba sobie przypomnieć, a co dopiero ja po piętnastu miesiącach przerwy. Poza tym, żeby mówić płynnie, muszę to sobie jakoś ułożyć.

Z rzeczy pilnych musze jeszcze wystosować dwa pisma do sądu i to w trybie pilnym do dziesiątego czerwca, więc pewnie ze stroną nie ruszę wcześniej, a dobrze będzie jeśli w ogóle w czerwcu. Powiedzmy po dwudziestym drugim czerwca (sprawie sadowej) będę miała spokojniejszy umysł i zajmę się tym, choćby jako odskocznią.

Muszę jeszcze zaprosić dwie rodziny, które nie były jeszcze u nas w nowym mieszkaniu. Jednych może za tydzień, a drugich w Boże Ciało. Wychodzi na to, że co tydzień impreza. Sprzątanie, zakupy, gotowanie.

Jutro/dzisiaj myję dwa okna i ogarniam pokój , kuchnie i pranie. W  sobotę gotowanie i pieczenie.

26.05.2015

Po prostu żyłam.

          Chrzciny były piękne, z dzieckiem starszym, większym, bardziej świadomym to też ma swój urok.

28.05.2015

Bardzo wielu gości pozapraszałam, w sobotę będą jedni, w czwartek następni. W międzyczasie jest Dzień Dziecka.

Jutro mój występ w szkole, układałam go sobie w głowie, ale bardziej pójdę na żywioł.

Powinnam się przygotowywać, a ja przeczytałam właśnie swoje opowiadania, wczoraj kolejne do mnie przyszło i będę je teraz zapisywać, co tam. Jak ono już jest, to muszę je zapisać, bo pomysły bywają bardzo ulotne, a moja pamięć kapryśna. Poza tym, to wrażenie ogólne i świeże mnie poprowadzi i to sprawdza się, jak moja praktyka dotychczasowa pokazała.

29.05.2015

Godz.02.10.

Napisałam to opowiadanie.

Złapałam się na tym, że nie myślę już o tym, nie czekam tak na odpowiedź z wydawnictw w sprawie bajki.

Godz.21.47.

Prezentacja nad wyraz się udała. Dostałam dyplom za udział. Była mila atmosfera, siedzieliśmy w kole przy kompocie, w godzinę się zmieściłam z prezentacją. Spełniłam dobry uczynek. Mam dodatkową satysfakcję, bo jedna z dziewczynek powiedziała mojemu synowi, że twoja mama wygląda jak twoja siostra. Czyż to nie jest najpiękniejszy komplement? Fakt, urodziłam go mając dwadzieścia dwa lata i zawsze będzie miał młodą mamę choćby z tego powodu, ale sam młodzieńczy wygląd wynika z mojego schudnięcia oraz faktu, ze mam niefarbowane, długie włosy; takie czynniki zawsze odmładzają. Ale nie mogę przesadzać, przecież wciąż jestem młoda, trzydzieści dwa lata…

31.05.2015

Godz.00.58

Siedzę w kuchni  przy laptopie z otwartym oknem i spuszczonymi roletami. Za oknem w ciszy kraczą czarne ptaszyska śmietnikowe. Jest ich dużo i  jest trochę atmosfera jak w Hitchcocku. Nieopodal tego okna są potężne lipy, to właśnie na nich oraz dachach siedzą ptaszyska, które przegoniły wszelkie ptactwo mniejsze, jak chociażby wróbelki i jaskółki.

Chyba zamknę to okno, bo denerwują mnie ich odgłosy. Stresują mnie. Powietrze jest świeże, po burzy, chcę z pół godziny, a najlepiej godzinę popisać.

Wczoraj udało mi się do drugiej w nocy pisać, ale zaległości sądowe. Dzisiaj jeden list już wysłałam. Z głowy. Drugi jeszcze się odleży, sprawdzę go na chłodno i do piątku chcę go wysłać.

Brakuje mi czytania. Ostatnio przez te imprezy więcej gotowałam i sprzątałam, czasu na czytanie było tak mało. A jak już go znajdywałam, to wolałam pisać. Bez czytania czuję się totalnie wyjałowiona. Chyba wrócę do Sagi o ludziach lodu, bo stanęłam na tomie trzecim, ale w międzyczasie opchnęłam Boscy i nieznośni Anny Janko. Akurat każdy rozdział z biografią innej sławy, tak, że można było czytać wybiórczo, nie po kolei. Kupiłam tę książkę w kiosku, bo zobaczyłam na okładce nazwisko Mitchell, czyli dla niewtajemniczonych, autorkę Przeminęło z wiatrem. Książka, którą trzy razy przeczytałam jak dotąd. O jej biografii też co nieco wiedziałam, ale właśnie to nazwisko było moim imperatywem do zakupienia książki.  Bardzo ciekawa.

O, nie! Tyle co zaczynam pisać i już zaczyna mi się chcieć spać. Niedobrze.

Jutro odpust u mamy. Jesteśmy zaproszeni na obiad. Może zdążymy do kościoła. Sukienkę mam już wyprasowaną. Zaczyna się ciąg imprez, który będzie trwał do dziesiątego czerwca. Znów czas przez to przeleci ze zdwojoną siłą.

Pisanie opowiadań wpłynęło negatywnie na ten dziennik, bo go zaniedbuję.

Polityka ukradła mi tyle czasu, przez te wybory prezydenckie, kampanie i debaty.  Śledzenie tego i  słuchanie – wyczerpując zadanie.

Idę spać, bo zasypiam na stojąco.

Godz.23.06.

Dzisiaj po północy napisałam: jutro odpust u mamy, a przecież to było dzisiaj. Wszystko się udało, pogoda była piękna, kluski na obiad wyborne. Miałam ochotę pójść na zabawę, no, ale z Maleństwem nie wchodzi to w rachubę. Wieczorem był kabareton w Sopocie i transmisja w Tv. Jako przerywnik wyszedł  Maciej Maleńczuk (którego lubię) ze składanką Medley – dziewięć utworów – największych szlagierów minionych epok, coverów, które śpiewał również na sylwestrze w Krakowie. Wkurzyło mnie to, bo po pierwsze były to piosenki do tańca, po drugie chciało mi się tańczyć, po trzecie wkurzył mnie, bo on śpiewa odgrzewane kotlety, a pieniądze sypią mu się na konto. Jeszcze powiedział, że to były znienawidzone przez niego w młodości piosenki… A teraz  śpiewa je i jakoś mu nie przeszkadza robić to pod publiczkę,  chociaż ich nienawidził, bo nie wiem czy wciąż ich nienawidzi, kiedy tak chętnie je śpiewa. Ok. To, że śpiewa, to też jest praca, ale taki występ nie do końca wydaje mi się fair.

Zabolało  mnie, że on jest tam, na scenie, a ja tu, na zadupiu, w lesie z wszystkim, z ochotą pójścia potańczyć, a zostająca  z laptopem w mieszkaniu. Muszę działać… Do tego widziałam wczoraj wywiad z Emmanuelem Schmittem, który jak się okazało ma swój teatr, występuje  w nim, pisze sztuki, a do tego napisał  czterdzieści książek, dwadzieścia jest przetłumaczonych na język polski. Szczęka mi opadła. Robi i godzi te dwie rzeczy o których tu piszę, o których zawsze marzyłam, bo ta drugą działką było właśnie aktorstwo.

Przyznam się szczerze, że dotychczas nie czytałam jego książek, różne słyszałam opinie na ich temat, ale po wysłuchanym wywiadzie, muszę przeczytać choć jedną. Ciekawa  jestem jego stylu, pomysłowości, sznytu.

Pisząc podjadam orzechy ziemne, ale musze przestać je jeść, bo już nakruszyłam wkoło, a i pisze się kiepsko, bo albo jedno albo drugie. Jem z tego wkurzenia chyba. Moja natura tancerki kopie mnie w duchu po moim zasiedziałym zadku: ruszaj do tańca, a żwawo! A żywo!

Ostatni frustrat Europy- odcinek czwarty- Kwiecień

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

Kwiecień

25.04.2015.

Tak długo nie pisałam. Tak długo mnie tu nie było, tęskniłam. Cholernie tęskniłam za pisaniem. Rozrywało mnie od środka. Nie odtworzę tych wszystkich zdarzeń oraz myśli. Nawet nie mogłam dostać się do komputera.

Było ze mną bardzo źle. Trzynastego marca byłam u kardiologa, następnie dwudziestego marca u pani profesor endokrynolog. Nabawiłam się takiej nadczynności (będąc pod opieką lekarza) od momentu urodzenia Słodziaka, że omal nie wykitowałam. Kto to przechodził, zrozumie o czym mowa.

 Choroby tarczycy, to dla mnie nie nowość. Wykryto mi ją w wieku piętnastu lat wraz z bardzo silną anemią. I przez te lata wiele udało mi się o niej nauczyć oraz  poczuć na własnej skórze, jak są postrzegane.

W ogólnym dyskursie społecznym choroby tarczycy są lekceważone, chyba że guz, to co innego, ale Hashimoto, Graves- Basedowa- czyli zapalenie tarczycy. Są to choroby związane z hormonami, no , a ich gołym okiem nie widać, dlatego wielu ludziom taka choroba wydaje się byle czym, skoro objawy nie rzucają się w oczy. Poza tym tyle się słyszy o tarczycy- ktoś, gdzieś, coś miał z tarczycą – dlatego wydaje im się nieprawdopodobne, żeby z jej powodu czuć się tak słabo.

Doprowadziłam się do takiej nadczynności karmiąc piersią, pomimo, że w grudniu byłam u lekarza, iż w przeciągu trzech miesięcy mój wynik  hormonu ft3 wyniósł ‘84’, gdzie norma jest ‘2-4’. Wyobraźcie  sobie, nie móc wejść na drugie piętro bez przystanku, bo serce chce wyskoczyć, bolą kolana, a pot spływa po całym ciele. Mój puls wynosił sto trzydzieści trzy w spoczynku, poniżej stu dwudziestu nie spadał! Schudłam tak, że wszystkie ciuchy lecą.

Wyobraźcie sobie, że nie możecie jeść i boicie się jeść, bo z suchości skleja wam się przełyk, stale się krztusicie, zjedzenie byłe jabłka jest wyzwaniem. Nic was nie cieszy. Mamcie problemy ze snem. Jesteście wykończeni. Wszystko robicie na siłę, nic z chęci.

Do tego nadciśnienie… Być może odziedziczyłam w genach i przed porodem Słodziaka z cała mocą się objawiło i jest, i będzie. Ale też może być wynikiem rzutu silnej nadczynności A wiec mam trzydzieści dwa lata i biorę tabletki na nadciśnienie. Puls nie reaguje. Potem idę do innego lekarza z tarczycą, dowiaduję się o bardzo silnej nadczynności, muszę brać leki, co nie jest proste, bo po tabletce osiem godzin nie można karmić. Słodziak nie chce chwycić butelki- żonglowanie butelkami i mlekami, po miesiącu stresu, smutku, zaczynam brać leki. I tak nie biorę zaleconej dawki, bo nie mogłabym karmić dwanaście godzin, bo tak duża dawka hormonów powinna być połknięta. A dwanaście godzin to jest zbyt długo dla Maleństwa bez piersi, gdyż zasypia tylko przy piersi lub na spacerku. Tutaj odpada mi w ciągu dnia godzina, dwie, kiedy wcześniej spał w domu, bo nie zaśnie bez piersi. Wychodzę na spacer, długi, aby się wyspał, bo jak nie, to jest marudny. A więc, na jakąkolwiek robotę ucieka mi czas, który kiedyś miałam. A jaki to był stres? Dziecko na piersi i nie chce chwycić butelki, a musi?!!! Poza tym dowiedziałam się, że w pewnym sensie byłam źle leczona, ponieważ przy nawrocie nadczynności dzisiaj zaleca się jej napromieniowanie radioaktywnym jodem. Polega to na odizolowaniu na dwa tygodnie od otoczenia, gdzie tarczycę się  traktuje jodem radioaktywnym  odpowiednio, teraz przy tak małym dziecku, nie wchodzi to w rachubę. Gdybym wiedziała wcześniej, to poddałabym się temu zabiegowi przed urodzeniem Słodziaka, gdyż Starszy jest odchowany. Kiedyś przy nawrocie nadczynności,  głównie wycinali tarczycę, teraz ja napromieniowują. A ja? Z pięć, dziesięć razy już ją miałam. Gdyż moja choroba polega na  wahaniu się, a to z nadczynności w  niedoczynność. Serce to wykańcza, metabolizm też jest do niczego. Człowiek sam sobą jest zmęczony. Choroby tarczycy to też spadek po Czarnobylu (z ust lekarza).

Do tego niespodziewanie doszła przeprowadzka. Nadarzyła się okazja: lepsze warunki i tańsze mieszkanie. I moja choroba do tego. Wszystko na głowie męża, ja mam siłę tylko na opiekę nad dzieckiem, nawet gotować mi się nie chce, choć lubię.

Dobrze, że nie pisałam, bo przez tę przeprowadzkę tyle jadu, złości było we mnie, że potrafiłabym tu tylko syczeć. Ilość gratów była zatrważająca. Do dzisiaj porządkujemy, nie możemy dojść do ładu. To bardzo utrudnia życie. I pisanie. Nie mamy jeszcze internetu, wcięło ładowarkę do laptopa, wiec ten był martwy. Coś tam bazgrałam do zeszytu, ale to nie to. Już się przyzwyczaiłam do Worda.

Piszę trochę chaotycznie, ale taki sam chaos był we mnie i obok mnie. Rozumiecie, przez co przeszłam…

Na koniec spieszę donieść, że nie ma żadnej odpowiedzi od Wydawnictw. Do  dziesiątego czerwca mam czas, ale już wątpię w to, że ktokolwiek do mnie napisze. No nic, wtedy wyślę książkę na Rozpisani.pl – jest to twór Wydawnictwa PWN- niby mają pomóc wydać, tylko pytanie: ile to kosztuje? Ktoś z Was wie?

26.04.2015

Zastanawiałam się, czy chcę być żoną, czy „ żoną przy mężu”?

Oglądałam na TVP regionalna  wywiad z pisarka Grażyną Plebanek. Trafiłam przypadkiem i zobaczyłam go w połowie, trwała promocja jej nowej książki: Bokserka.

 Plebanek wspominała swoja szkołę średnią, jak rozumiem  początek lat dziewięćdziesiątych, gdzie w obiegu były stare, popeerelowskie  dowody osobiste, z których dużo więcej można było wyczytać o właścicielu niż z dzisiejszych. Mamy tamtych uczennic miały w dowodzie wpisane zawody, tylko jedna wpisane miała adnotację: ”przy mężu”.

Jak to się ma do mnie? Ano ma.

Jeśli ja pójdę na wychowawczy, a potem rzucę pracę dla pisania (warunek: mąż musi zarobić na wszystko), to stanę się wtedy taką żoną ”przy mężu” dopóki nie zacznę zarabiać na pisaniu.

A teraz pytanie zasadnicze: kiedy mi się uda ”coś” wydać do kurki wodnej!?

Jest to balans. W pracy byłam niezbyt szczęśliwa, a ze względu na jej specyfikę nazbyt często przemęczona; gdzie tu pisać w takich warunkach, jak jeszcze jest rodzina?

Z kolei pracując zawodowo ma się oddech od przyziemnych obowiązków domowych.

Ma się inny, szerszy kontakt ze światem.

   Rodzina śpi, a ja piszę. Boże! Jaka jestem szczęśliwa, kiedy to robię, a słowa same kładą mi się pod palce. Bardzo mi tego brakowało przez tę przeprowadzkę. Tęskniłam strasznie do pisania.

27.04.2015

Teraz wiem, Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz…

Śpiewa Rojek w radio. Jakie to jest prawdziwe, a muzyka podbija sens tych słów.

Tak jest prawie ze wszystkim: kompleksami, strachem, związkiem, przyjaźnią, złudzeniami. Nawet własna śmierć może być przez nas sterowana, jeżeli chcemy ją przybliżyć. W odwrotnym przypadku,  jest już trudniej- kiedy kostucha przyjdzie pod drzwi, raczej się nie wywiniemy…

27.04.2015

Choć  czas jak rzeka, jak rzeka płynie, unosząc w przeszłość tamte dni.

Dzisiaj włączyłam radio i usłyszałam tę piosenkę Niemena. Wcześniej wiele razy ją słyszałam, nawet miałam ją na płycie, ale dzisiaj mnie poruszyła wyjątkowo. Słowa refrenu są proste, a muzyka powoli wije się jak leniwa rzeka; ale tak bardzo uderzają w sedno.  Stare panta rhei – stale aktualne.

Potem pojechałam z dziećmi do siostry, u której było jeszcze inne towarzystwo. Jedna z osób miała córkę piętnastoletnią. Wracam do tego tematu, bo pisałam już coś o tym wcześniej… Pamiętam siebie w tym wieku. I chciałabym wrócić do tamtego czasu, podjęłabym lepsze decyzje, byłabym bardziej zdeterminowana. Ale… Kto by nie chciał?

Chciałabym na powrót mieć te młode lata, bo miałabym więcej możliwości WYBORU. Dlaczego wraz z upływającym wiekiem te możliwości tak się kurczą?!

Z drugiej strony piekła ogólniaka nie chciałabym na powrót przeżywać. Uważam, że mnie nie przejrzeli. Matematyczka, stara panna, tępiła mnie, wyżywała się na mnie, codziennie pytała. Chodziłam na korki od trzeciej klasy (trzeba było się ratować), nie wagarowałam, a w tej trzeciej klasie na pierwsze półrocze byłam zagrożona. Winę ponosi także głupi galimatias systemowy. Nasz rocznik ‘83, w pierwszej klasie usłyszał, że każdy będzie musiał zdawać  nową maturę z matematyki, więc ona powiedziała: każdy musi ją umieć. Przez cztery lata to trwało, dla belfrówy była to woda na młyn; pisaliśmy próbną nową maturę. Uwaga, zdałam matematykę  bez problemu na poziomie podstawowym, uważam, że zadania były łatwe, właściwie na logikę. Po czym, po próbnej nowej usłyszeliśmy, że piszemy starą maturę, która napisałam z historii. To było chore.

Ale te kartkówki, pytania, czułam, że mnie personalnie nie lubi. Myślałam  o samobójstwie. Nigdy, jak wtedy. Nawet wybrałam miejsce. Na teczce A4 na matematyce napisałam: samobójstwo to jest wyjście. Dlatego nigdy nie przyjadę na zjazd absolwentów.

 Dlaczego wtedy się nie przeniosłam lub nie rzuciłam szkoły? Byłam zbyt osaczona, prawdopodobnie w depresji.

Polonistka też mnie nie doceniła. ”Laura przeczytaj, Laura opowiedz” – byłam klasowym lektorem. Uwielbiałam polski, historie; geografię i biologię też lubiłam. Z tego pierwszego nie zostałam doceniona na koniec, ani na maturze. Tylko jedna nauczycielka z podstawówki – wiedziała jaki pisarski potencjał we mnie drzemie. Pamiętam jak dostałam piątkę z plusem za opowiadanie: Moje z spotkanie z Kochanowskim w Czarnolesie. (Szóstek nie uznawała).

Wiem, brzmię jak się mnie czyta na głos, jak rozgoryczony, zgorzkniały frustrat. Stąd utwierdzam się w przekonaniu, że mój tytuł tego pamiętnika jest słuszny.

Gdyby tamten czas się wrócił, zdawałabym na mój wymarzony kierunek studiów. Stchórzyłam, i będę tego żałować do końca życia.

Śp. Bartoszewski powiedział, że: jak się dobrze przeżyje młodość, to potem można z niej czerpać całe życie. No właśnie. Dlatego młodość, jest taka ważna, a my młodzi wtenczas tak mało wiemy, tak bardzo jesteśmy poranieni szkołą, kompleksami, brakiem  zdecydowania i pewności siebie.

30.04.2015

Jeszcze dużo śniega musisz pojscać – mówi mój tata w stanie wstawiennictwa najwyższego.  Mówi jeszcze: Jak ja bym napisał książkę, historię rodziny, to by dopiero była książka. Może na mnie to pisarstwo przeszło.

Ten zwrot przypomina mi  strofę Francois Villona  Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi !–  z jego poematu tęsknoty za  dawnym życiem: Ballada o Paniach Minionego Czasu, spisanym, gdy siedział w celi.

Pilch wielokrotnie pisał o swojej babce Czyżowej, która była świetną opowiadaczką, potrafiła ciągnąć kilka wątków ze szczegółami jednocześnie, mając niespotykany dar i podzielność uwagi. Moja babcia Stasia ze strony ojca, też taka była, przy tym w tych opowieściach miała wiele poczucia humoru. Może nawet przebijała babkę Pilcha, babcia potrafiła słuchać i rozmawiać z kilkoma osobami na raz. Będąc przy stole, była w temacie i do tego prawiła swoje. Koniugacje, pokolenia, kto od kogo się wywodził – wiedziała wszystko.

Niestety babcia ponoć źle mi życzyła, czy nie lubiła. Powiedział mi to wróż Marcin, który była na targach medycyny naturalnej w Krakowie, rzut beretem od mojej uczelni. Aby się od tego uwolnić kazał mi nasze wspólne zdjęcie przeciąć na pół i część z babcią spalić nad świeczką. Nie zrobiłam tego, bo wydawało mi się to groźne i wredne; do tego wróża poszłam właściwie  przypadkowo.  Jednakże po tym czasie, za niedługo babcia zmarła, no a niespełna kilka miesięcy potem zaczęło mi się naprawdę układać w życiu- ot, paradoks (bo wcześniej tak nie było). Zaledwie cztery miesiące po jej śmierci poznałam mojego męża, no i patrząc na wszystkie okoliczności, jak do tego doszło, było to bardzo nieprawdopodobne, nie wdając się w szczegóły. Naprawdę to było przeznaczenie. Ktoś powie, że to był zbieg okoliczności? Być może, jednak jak zanalizowałam to później, kiedy to sobie przypomniałam, to coś  jednak w tym było. To jak wiodło mi się przed jej śmiercią i po.

Zachwalany przez ochraniarza rzekomy wróż, powiedział mi jeszcze, że mam pięciu aniołów stróżów. Ale dwoje się na mnie obraziło. Interesujące…, że aniołowie mogą się obrażać? Ciekawa jestem, od czego to zależy, ile się ma tych aniołów wokół siebie. Wcześniej sądziłam, że każdy ma tylko jednego.

Ezoteryka jest ciekawa, jednakże znam się na niej bardzo pobieżnie. Ot, przeczytam horoskop, poczytam o magii liczb… Muszę przyznać, że horoskop chiński z dwa tysiące dziesiątego roku z Twojego Stylu spełnił się mi doskonale. Charakterologicznie jestem typowym Wodnikiem- fantazji ani intuicji mi nie brakuje.

Palec Przeznaczenia wywołał poród mojej mamy dwa miesiące wcześniej, właśnie dlatego, że planety zadecydowały, że oto jest kolejna Wodniczka i musi się urodzić w ostatni dzień stycznia. Miałam się urodzić w Prima Aprilis, a więc byłabym nie całkiem serio. Nie ma we mnie Barana.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Jeśli chcesz mnie docenić, możesz mi postawić wirtualną kawę.

Dziękuję!

Ostatni frustrat Europy- odcinek trzeci- Marzec

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

Marzec

06.03.2015

Jest dwudziesta trzecia pięćdziesiąt pięć. Trzynaście minut temu wysłałam moją bajkę do wydawnictwa. Jednego. Czuję wiele emocji. W końcu to zrobiłam. Pokonałam własny wstyd.

Wysłałam.

Wcale nie nanosiłam wiele poprawek. Nie zauważałam już ich, kiedy po raz któryś czytałam ten sam tekst. Jaki był, poszedł. Ciekawe czy dostanę jakąkolwiek odpowiedź. Daję wydawnictwu czas do końca marca, jeśli nie będzie odzewu, wyślę bajkę do kolejnego wydawnictwa, a może kilku.

Poza tym wiele niedobrego dzieje się z moim zdrowiem. Dzwoniłam po lekarzach. Ale o tym napiszę może jutro, bo wiele frustracji jest we mnie po tych telefonach.

10.03.2015

Nie czekam do końca marca, wysłałam bajkę w sumie do dziesięciu wydawnictw. W każdym dają trzy miesiące na odpowiedź.

Ostatni frustrat Europy- odcinek drugi- Luty

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

LUTY

02.02.1015

Piękna zima. Trzeźwy błękit. Ośnieżone drzewa. Śnieg  skrzy się w słońcu.

07.02.2015

Dzidziolkowi przebił się przez dziąsełka pierwszy ząbek.

Napisałam  w sumie dziesięć rozdziałów bajki. Teraz myślę nad jej zakończeniem.

12.02.2015

Zakończenia jeszcze nie wymyśliłam. Jestem rozbita, nie potrafię się skupić. Brakuje mi muzyki i tańca. Ostatnie dni minęły pod znakiem odprawiania zbiorowych urodzin, bo troje z nas jest spod znaku Wodnika.

Teraz za pół godziny wybije północ, a ja otwarłam ten dziennik. Muszę jeszcze rozwiesić duże pranie na suszarce.

Otworzyłam komputer, ale weszłam na internet i po raz kolejny zmarnowałam czas. A mam go tak mało dla siebie i na pisanie.

Dzisiaj miałam taką refleksję: czy uda mi się jeszcze coś zrobić tylko dla siebie, dla własnego rozwoju, ale nie kosztem dzieci? Nie piszcie w komentarzach, że na emeryturze, proszę…

Myślę o kursie, a właściwie pewnym studium. Ale, po pierwsze brak pieniędzy, po drugie praca, po trzecie dzieci i kto weźmie odpowiedzialność nie tylko za te weekendy pod moją nieobecność, ale również za to, co nie zostanie zrobione przeze mnie przez to?

Życie się zapętla. Człowiek myślał kiedyś, że dorosłość to będzie wolność. Nieprawda, to coraz większe uwikłanie. Cały system. Nie ma od tego ucieczki. Jeśli nie wybierasz samotności, masz mniejsze szanse, że stworzysz temu systemowi opór. To nie znaczy, ze człowiek samotny jest wolny. Nie. Też musi częściowo być w tym systemie, by utrzymać się na powierzchni wody.

Stale w życiu waży się: coś za coś.

13.02.1015

Zawsze zauważam tę datę, kiedy jest trzynastego. Nie jestem jakoś szczególnie przesądna, ale jednak w myślach odnotowuję: znów mamy trzynastego! A ten ostatni trzynasty, był dopiero co. Boleśnie odczuwam, że minął miesiąc, trzydzieści dni, a pamiętam moją ostatnią refleksję, czyli sprzed miesiąca, właśnie na ten sam temat, jakby to było wczoraj.

Dlaczego ten czas tak pędzi? A jego percepcja z wiekiem zmienia się na naszą niekorzyść? Wszystko mija szybciej, traci intensywność, hurtem przelatują dni posortowane w tygodnie, a potem miesiące i w końcu lata, które lądują skompresowane w pamięci i odczuwam je tak, jakby wydarzyły się wczoraj? Pamiętam przeszłość, a nie nadążam za teraźniejszością, która w postaci katalogów poszczególnych plików znów przechodzi do archiwum.

Widzę uśmiech Maleństwa, a to tak, jakby Starszy śmiał się do mnie w wieku niemowlęctwa. A Starszy skończył  niedawno dziesięć lat. I to jest ta różnica. To nie jest kwestia podobieństwa, analogii sytuacji, a cholernego upływu czasu.

Życie jest zagadką,  momentami zupełnie inaczej je postrzegam niż wcześniej. Z  czasem jest dla mnie jeszcze większą tajemnicą. Z czasem nie jest łatwiejsze. To wiem.

Ssie mnie w żołądku, to chyba z powodu tych egzystencjalnych rozterek, idę zrobić sobie kanapkę z miodem.

Auuł.., zęby reagują na miód, nie wiedzieć czemu. Pewnie dlatego, że jem po nocy.

14.02.2015

Człowiek myśli o sobie, o własnym spełnieniu, a czy nie powinien myśleć i zrobić coś  w sprawie Ukrainy? Zrobić coś na rzecz pokoju na świecie, a nie myśleć o sobie?

Myślę o pisaniu, a tam toczy się wojna, giną ludzie. Wszyscy jesteśmy bierni wobec tego okrucieństwa i żyjemy własnymi sprawami. Znieczulica. Współczujemy, a tak naprawdę cieszymy się, że to nie u nas.

Dobrze. Przestaję. To nie ma być TVP Info, a ,Dziennik frustrata’.

15.02.2015

Słońce jest coraz wyżej, wczoraj temperatura w  samochodzie pokazywała siedem stopni w południe. Piękna pogoda. Zaczyna się.  Znów zaczyna się pora, kiedy trudno jest usiedzieć w domu. Ostatnie chwile zimy muszę wykorzystać na pisanie. Łatwiej się wtedy koncentrować, bo pogoda tak nie rozprasza. Poza tym, są mniejsze wyrzuty sumienia, że siedzę w domu i piszę, a nie przebywam z dziećmi na dworze do wieczora. Dni będą dłuższe, więc dzieci będą później chodzić spać. Z pisaniem wieczorem będą trudności. Z kolei zimą wieczory dłuższe, dzieci wcześniej zasypiają, ale samemu też się szybciej oczy kleją.

Jednak w czasie chłodu lepiej się myśli i jest większy spokój dookoła. To sprzyja długim namysłom. I klarownym planom.

16.02.2015

Jak jest różnica między autorką a pisarką?

W którym momencie zaciera się ta granica?

Czy pięć książek wystarczy? A może jedna?

A może chodzi tu tylko o status. Jeśli ŻYJE SIĘ z pisania, to jest się pisarką, a jeśli nie, to autorem tekstów?

A może nie chodzi o zarabianie na pisaniu, a o sam fakt pisania i trwania w tym, pomimo nie wydawania? Jak  ja. Ciągle coś mam na warsztacie, czy jestem już pisarką? Czy tylko autorką z predyspozycjami?

Może kadzę sobie.

Tak mnie to zastanawia, a Was nie?

17.02.2015

Pierwsza zupka Maleństwa, a właściwie wywar z warzyw. Kręciliśmy filmik, by ująć tę niepowtarzalną reakcję. Większa część pociekła mu po brodzie, ale troszkę połknął. Był zainteresowany samą czynnością. Łapał łyżkę i talerz, i patrzył na nas ze zdziwieniem. Słodziutki. Dzisiaj ważna dla nas data. Mała rocznica.

Pisanie mi nie idzie, rozkojarzona jestem. Raptem jeden rozdział napisałam. Mam nadzieję, że do końca lutego skończę bajkę.

Mama przywiozła ciasto drożdżowe z jabłkową marmoladą i posypką. Oczywiście wszystko jej roboty. Dzisiaj jest śledzik, więc był, ale drożdżowy.

18.02.2015

Jakie to piękne: pisanie. Wyobrażasz coś sobie, zapisujesz. Kreujesz, rozwijasz, spisujesz myśli, a potem powstaje całość: tekst, wiersz, opowiadanie, powieść, esej.

Zapisane nie ginie. Pisząc, stwarzasz niematerialny świat. Powstaje coś z niczego. Tylko siła naszych myśli i woli, by to zapisać.

Pisanie jest piękne. I nasz język polski również.

19.02.2015

Dzisiaj byliśmy złożyć wniosek o paszport dla Maleństwa. Trzeba być przygotowanym do ucieczki. Na wypadek wojny w Polsce.

Wojna już jest w Ukrainie, ale jeśli nas dotknie, nie chcę, byśmy musieli ten horror przeżywać, nie chcę by dzieci nie miały dzieciństwa, a nabytą nerwicę. Pragnę pokoju. Normalnego życia dla nich, o ile to jest możliwe w dzisiejszym świecie, gdzie co chwila wybuchają bomby, nie wiemy gdzie, kiedy i kto dokona ataku terrorystycznego. Nie ma bezpiecznego miejsca. No, ale wojna w wykonaniu Putina, to regularny ostrzał artyleryjski, rakietowy, no i możliwość użycia bomby atomowej. Położenie geopolityczne mamy kiepskie, od wieków dostawaliśmy przez to po dupie, ostatecznie  wychodziliśmy zwycięsko, ale… Nie chcę, by to powtórzyło się po raz kolejny.

Gdzie może być bezpiecznie? Tam gdzie panują trudne warunki do życia i jest to daleko, np. Islandia, Nowa Zelandia,  Australia.

Jeśli przyjdzie wojna, trzeba uciekać. Ratować się. Chyba każdy, kto ma choć odrobinę takich możliwości i samozaparcia, będzie to czynić.

Niby nikt nie mówi oficjalnie o zagrożeniu Polski, ale czyny władz przemawiają o czymś odwrotnym. Wzrost nakładu finansowego na armię, powszechne obwieszczenie o szkoleniu wojskowym dla roczników z lat dziewięćdziesiątych, które ukazało się w każdej gminie. To świadczy o przygotowaniach, mobilizacji na ewentualność wojny. Nie kraczę, że wojna będzie, tylko, co jeśli będzie…?

Oj, źle się dzieje.

Każdy się boi wojny. No, chyba tylko nie preepersi.

20.02.2015

Znacie wiersz Juliana Tuwima pt.: ”Ptak” ?

Jest to wiersz ukazujący się w antologiach wierszy dla dzieci. Przytaczam, dla tych, którzy nie pamiętają:

Julian Tuwim
„Ptak”
Na gałązce usiadł ptak:
Zaszczebiotał, zatrzepotał,
Ostry dziobek w piórka otarł,
Rozkołysał cały krzak.

Potem z świrem frunął w lot!
A gałązka rozhuśtana
Jeszcze drży, uradowana,
Że ją tak rozpląsał trzpiot.

Czy zauważyliście, że ten wiersz dla dzieci jest przepięknym, subtelnym erotykiem?

***

Skończyłam bajkę. Ale bez entuzjazmu. To jest pierwsza wersja. Nie jestem zadowolona z końcówki, bo mam wrażenie, że ucięłam fabułę.

Ale coś zrobiłam. Jakiś mały postęp się dokonał. Albo ja go dokonałam.

Napisałam bajkę.

Skończyłam.

Nie czuję euforii, bo nie jestem pewna zakończenia. Najprawdopodobniej  poprawię ostatni rozdział lub napiszę go na nowo.

Może w weekend poproszę Starszego o przeczytanie i opinię. Ciekawa jestem, czy będzie mu się podobać.

Napisałam bajkę, coś udało mi się ukończyć, stworzyć jakąś całość. Teraz zabiorę się za powieść.

Teraz albo nigdy.

21.02.1015

Znowu to samo. Wewnętrzny przymus, ponaglanie, by pisać. Już niedługo półmetek urlopu macierzyńskiego i czeka mnie powrót do pracy. Nie chcę! Chcę pisać. A moje pisanie przez ten czas miało zmienić tę sytuację. Jakże jestem jeszcze daleko.

Pisanie miało mi otworzyć furtkę do wolności i niezależności. Wolności od pracy na etacie, a niezależności, w sensie statusu, utrzymywania się finansowo na powierzchni wody.

A na razie kicha totalna. Tylko wy o mnie wiecie. Wydanych książek ( a nie, napisanych!) zero na koncie, a wiec powrót do pracy nieuchronny.

Mój plan się nie wiedzie…

Jak tu zostawić takie Maleństwo w domu? I z kim? Nie wyobrażam sobie tego.

24.02.2015

Burza myśli. Wiele rozmyślania o przeszłości, popełnionych błędach i straconych szansach.

Taki dzień mam refleksyjny. Towarzyszy mi poczucie, że do pewnych spraw nie ma już powrotu. Ostateczność.

Jednocześnie przyszły mi do głowy dwa pomysły na opowiadanie.

Pierwsze będzie o facecie, który postanowił w stu procentach  zastosować się do ósmego przykazania  z dekalogu – czyli nie kłamać, a mówić innym to, co myśli, szczerze. Z początku przedstawię go w starej wersji, jak kłamie ‘dla dobra’ ogółu, następnie po zmianie, np. jak mówi szefowi co myśli, u fryzjera, u swojej matki na obiedzie, dziewczynie na temat wyglądu, tego czy mu było dobrze, czy nie; etc. Wszystko zacznie się psuć i poobrażają się na niego. Dziewczyna rzuci.  W pracy będzie najbardziej nielubiany. Wniosek: nie popłaca mówienie prawdy i mówienie innym, co się o nich tak naprawdę myśli. Obnażenie ogólnie przyjętej hipokryzji.

Drugie o kobiecie z nerwicą, którą męczą objawy chorób psychosomatycznych. Jak nawet przełykanie będzie katorgą.

Może będę tworzyć pojedyncze opowiadania, i jak się ich trochę zbierze plus jakieś stare, to spróbuję je opchnąć w jakimś wydawnictwie?

Musze działać, bo tylko pisanie mnie rozwija. Różne formy pisane nawet równocześnie.

25.02.2015

W pisaniu nie jestem w stanie wyjść poza trzy rzeczy: moje doświadczenie; to co widziałam i zaobserwowałam, to co przeczytałam oraz to, co jestem w stanie sobie wyobrazić, wymyśleć. Nic ponad to, nie jestem w stanie stworzyć. Ciekawe, że każdy inny człowiek jest taką niepowtarzalną konstelacją. Każdy z nas byłby innym pisarzem i napisałby o czymś innym lub o tym samym, ale inaczej, z innego punktu widzenia.

„Nic dwa razy się nie zdarza”. To prawda. Nie tak samo. Nigdy.

27.02.2015

Jak miałam piętnaście lat, nawet dwadzieścia – czułam, że świat stoi przede mną otworem. Teraz czuję, że te drzwi są tylko lekko uchylone. Przykre, że tak czuję. A mam zaledwie trzydzieści dwa lata i niecały miesiąc…

28.02.2015.

Nanoszę poprawki, właściwie jest to drobna kosmetyka mojej bajki, bądź jak kto woli- książki dla dzieci.

Właściwie co decyduje o tym, że niektóre książki dla dzieci nazywamy bajkami, a inne książkami?

Czyż kryterium oceny nie stanowią bohaterowie? Jeśli bohaterami są dzieci, to jest to książka, a jeżeli głównymi postaciami są stworki, zwierzątka, nierzeczywiste istoty, to jest to bajka?

A może bajkami są tylko te książki, które zaczynają się od słów: dawno, dawno temu…

Chyba, że grupa wiekowa czytelników o tym decyduje. Jeśli dotyczy to wieku cztery plus, to będzie nosiło nazwę: bajka, a jeśli np. osiem z plusem – książka?

A teraz z innej beczki. Kogo dzisiaj stać na dekadencję? Hulanki, swawole? Kiedy każdy jest zagoniony, pogrążony w kredytach i znerwicowany wiązaniem końca z końcem. Przy obecnym tempie życia, nie można się zatrzymywać. Chyba sto lat temu ludzie mogli bardziej cieszyć się życiem i rozwodzić się nad jego urokami i bolączkami. Teraz wszyscy zapierdalają w jednym kieracie.

Do tego, boli mnie kręgosłup z prawej strony. To od tego karmienia piersią na siedząco i garbienia się oraz siedzenia przed kompem po nocach. Jeden spacer z wózkiem w ciągu dnia to za mało. Brakuje mi tańca. Moje mięśnie są spięte, nie jestem rozciągnięta.

Ho, ho i mamy koniec lutego. Dwa miesiące dwa tysiące piętnastego roku za nami. Znów przeleciało jak jeden dzień.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Jeśli Ci się podobało, możesz mi postawić wirtualną kawę!

Dziękuję.

Ostatni frustrat Europy- odcinek pierwszy- Styczeń

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

STYCZEŃ

03.01.2015

Nigdy z niczym nie mogę zdążyć. Z rozpoczęciem pisania tego dziennika z datą pierwszego stycznia, również.

To takie postanowienie noworoczne, próba zdyscyplinowania siebie do tego, by pisać i rozliczać się z tego pisania. Poza tym zwykły zapis bolączek. Po trosze świadectwo pokolenia. Ja też jestem jego głosem i chcę, aby mnie usłyszano. Takich frustratów zapewne jest więcej.

Ciekawe, czy ktokolwiek będzie czytać mój blog? Z tego co obserwuję, coraz większe rzesze oglądają vlogi. Komu chce się dziś wysilać i czytać?

Łatwiej oglądać i słuchać niż czytać. Co w moim przekonaniu zubaża. To prawda, że przy filmach więcej zmysłów pracuje, ale czytając uruchamiamy głębszy proces myślenia, analizowania, wyobrażania tego, o czym czytamy. Oglądając, atakuje nas wiele bodźców, które nas również rozpraszają. Czytanie, to: skupienie, wyciszenie się, głębokie odczuwanie i przeżywanie fabuły, budowanie analogii.

08.01.2015

Za oknem huraganowe podmuchy, zmrożone krople deszczu, prawie grad uderzają o szyby. Za kwadrans północ.

Google przepasane kirem po wczorajszym zamachu na francuski dziennik satyryczny Charlie Hebdo. Za chwilę codziennie będziemy słyszeć o zamachu, aż znieczulica zapanuje kompletna, do czasu, kiedy nie stanie się to u nas. Nie znamy dnia ani godziny. Truizm? Prawda.

Zaraz upłynie dziesięć dni stycznia, a ja nie napisałam więcej niż strona A4  czcionką nr. 11.

A chciałbym napisać stronę dziennie w mojej sytuacji.

Chcę skończyć rozpoczętą bajkę, którą zaczęłam pisać jeszcze w grudniu- jako przerywnik. Przyszła do mnie w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć; fajne pomysły, gotowe dialogi oraz postacie. Muszę ją napisać. A właściwie zapisać… Również dla naszych dzieci. A potem powrócić do mojej powieści, wielkiej powieści osadzonej  na przełomie XVIII i XIX wieku. Mam  ją na warsztacie od kilku lat, w tym z kilkuletnią przerwą niepisania wcale, ale za to czytając książki historyczne.

09.01.2015

Mamy dwa tysiące piętnasty rok. Piętnasty… Ta data nasunęła mi to, jak ja się czułam, kiedy miałam piętnaście lat. Pamiętam siebie  w czerwonej sukience, latem, jak szłam miedzą w stronę kolei, pełna nadziei. Właśnie skończyłam podstawówkę. Wspaniałą podstawówkę, z której mam najlepsze wspomnienia edukacyjne w życiu i która mnie najbardziej rozwinęła. Szkoła średnia, studia, nigdy już to się nie powtórzyło – ta siła rażenia oraz rzetelność, zdobywanie prawdziwej wiedzy, ale i empatia, patrzenie na potencjał jednostki. Traktowanie podmiotowe. A wtedy myślałam, że to dopiero początek. Myślałam, że kiedy  wypłynę na szerokie wody, to dopiero pożegluję z własnym rozwojem i spotkam wspaniałych ludzi. Nie prawda.

Piętnastolatka, pisząca wtenczas wiersze, co dla mnie samej było zaskoczeniem, bo przecież wcześniej była tylko proza. Miałam w sobie marzenia i wiele wiary, nawet przekonanie, że będę pisać, utrzymywać się z tego i zaistnieję w światku skrybów. Czułam, że życie do mnie należy, że przed sobą mam wspaniałą przyszłość, nie świetlaną i łatwą, ale te siedemnaście lat temu, myślałam, że w obecnym wieku będę już uznaną i zadowolona z siebie pisarką.

Realizuję się jako matka, jest to ważna, ale jednak jedna ze sfer życia, gdzieś tam głęboko, każdy ma w sobie jakieś powołanie i wewnętrzny nakaz, by robić to, co do niego należy. Pomimo udanego życia rodzinnego bądź nie, kłopotów finansowych, zdrowotnych nawet, ten przymus realizowania się jest niezniszczalny, pierwotny nawet. Jest jak popęd.

Pisanie, myślenie o pisaniu mnie uszczęśliwia. Kiedy to robię, jestem zadowolona z siebie, czuję się lepiej- mam niższe ciśnienie krwi. Jestem spokojniejsza, nie czuję objawów stanów lękowych i nerwicy. Nie piszę dla terapii. Mam nerwicę przez to m.in., że nie piszę, nie ukończyłam swojej powieści.

10.01.2015

Dwa dni temu w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat zmarł Tadeusz Konwicki. Na TVP Kultura wieczorem emitowali program dokumentalny o nim. Nie oglądałam w całości, bo nie widziałam początku, ale był to obszerny dokument: posklejane wywiady plus spotkania autorskie oraz wypowiedzi córek. Pierwsza córka, bardzo podobna fizycznie do ojca, mówiła o więzi telepatycznej ich łączącej, ponoć nie musieli rozmawiać, by jedno wiedziało co drugie myśli; natomiast druga córka – niepodobna fizycznie – wspominała dzieciństwo. Powiedziała coś, co bardzo mi utkwiło w głowie, mianowicie  że widziała ojca za szybą jak pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Tak, widziała go za szybą. Taki żal było słychać w jej głosie o dystans i niedostępność ojca, o to , że nie poświęcił im – córkom- wystarczającej ilości czasu.

A moja refleksja jest zgoła inna. Nie pierwszy to mężczyzna, który może pisać i mieć w nosie wszystko. Może pisać i nie musieć się przejmować  tym, co w tym czasie dzieje się z (również jego) dziećmi. Już  żona się miała nimi zająć i ewentualnie odciągnąć od tych drzwi z szybą, żeby mu nie przeszkadzały, w końcu pracował. Na przykład Thomass Mann i jego żona Katia. Ona też o wszystko dbała.

Porównuję siebie – nikt mojego pisania nie traktuje poważnie, jak pracy.(Może dlatego, że niczego jeszcze nie wydałam).  Fakt – niczego prócz własnej satysfakcji i spokoju ducha z tego nie mam (wciąż), ale to ja muszę sobie wygospodarować czas na pisanie: nocą, nad ranem, w czasie drzemki Maleństwa. Przy ostatnim, nie zawsze możliwe, bo jak muszę ugotować, wyprać – to robię to w tym czasie. Muszę się wyrobić (zdążyć) z obowiązkami domowymi, bo nikt tego za mnie nie zrobi.

Który facet to zrozumie? Poczuje?

Wielokrotnie miałam fajne pomysły i pociąg do pisania, kiedy nie mogłam pomarzyć nawet, bym mogła to zapisać. Czasem na papierze skrobnę pojedyncze pomysły. Nieraz odwrotnie, pisałam i miałam tak zwaną wenę, a tu np. Malutki się obudził, jest głodny; Starszy podobnie – przerywam bez  żalu ze względu na dzieci, z drugiej strony wiem, że fajnie mi się myśli układały i mogłabym zapisać parę stron i że tego nie zrobię. Przepadło. Nigdy w takiej samej formie już nie odtworzę tego, co chciałam zapisać.

Jest to naturalne, że przerywam. Nawet nie próbuję się użalać. Bardziej chcę tutaj ludzi, czyli WAS uświadomić.

Z drugiej strony warto doceniać. Doceniać pisarki (posiadające dzieci). Doceniać żony pisarzy, żony artystów w ogóle.

Buńczuczne feministki pewnie chórem się odezwą: to po co masz dzieci, skoro chciałaś pisać?

Moja odpowiedź zabrzmi: chcę mieć rodzinę i chcę pisać. Chyba to nie grzech?

Ubolewam nad moją relatywnie słabą wytrzymałością fizyczną. Żałuję, że nie wystarczają mi trzy godziny snu na dobę.

A teraz możecie mnie hejtować.

13.01.2015.

Jest  czterdzieści minut po północy, a ja odpaliłam komputer. Rodzina już śpi. Jestem zmęczona i też chętnie bym się położyła do łóżka, jednak tego nie robię. Gna mnie myśl do komputera, że muszę pisać. Bo dzisiaj nic nie udało mi się jeszcze zapisać, a to niedobrze jest. Tak właśnie mija dzień za dniem,  tak naprawdę upływa życie. Upływa, czyli go ubywa. Nie będę wieczna ja ani pozostali. Chcę coś zrobić, coś napisać i po sobie pozostawić . A najważniejsze, póki żyję robić to, co sprawia mi przyjemność. To jest chyba najważniejsze. Podwójna radość  z istnienia, kiedy robi się to, co lubi.

Do komputera gna mnie jeszcze świadomość, że  mój urlop macierzyński nie będzie wiecznie trwać. Zarywanie nocy nie jest mi obce, bo pracowałam zmianowo. Aby to zmienić, pozostaje mi na macierzyńskim zarywanie nocy, by pisać. I jest to o wiele łatwiejsze, gdyż piszę, bo lubię. Żeby tylko były tego wymierne efekty, w postaci ukończenia i wydania książki. Pisarze, ci dobrzy, popularni mniej lub bardziej, utrzymują się nie tylko z prowizji od sprzedanej ilości książek. Zarabiają na spotkaniach autorskich, powstaje coraz więcej nagród literackich, coraz częściej miasta przyznają nagrody. Mamy  Literacki Sopot,  szczecińską Gryfie, śląski Wawrzyn Literacki, nie mówiąc o Nike czy Angelusie, nagrodach za kryminał czy reportaż, książki historyczne, poezje… Wiele konkursów. Tylko trzeba być zwierzęciem konkursowym oraz być nominowanym. Nie wiem, czy jestem. Na razie jestem w sieci i wy mnie czytacie, poznajecie. Widzę po statystykach, że jesteście, natomiast komentarzy z waszej strony brak.

Piszę w nocy, bo w dzień będę się zajmować Maleństwem. To nie jest tak, że dziecko mi przeszkadza w pisaniu. Nie. Gdyby nie macierzyński, zamiast zajmowania się dzieckiem, byłabym w pracy, czyli też nie pisałabym. Doceniam możliwość bycia przy dziecku, zwłaszcza kiedy widzę, jak ono tego potrzebuje. Mama w tym wieku jest dla niego wszystkim, zwłaszcza, gdy karmi się piersią.

Znam piekło nocek, pracy po dwanaście godzin, zmianowej. Pracy we wszystkie święta czy weekendy, jak wypadnie. Nie ma świętości.

Zamiast tej pracy, mogłabym pisać dwanaście godzin. Nawet w święta.

14.01.2015

Wiecie co mnie wkurza? Tendencyjność  Europy. I świata. Już siedem dni mięło od zamachu we Francji na satyryczny dziennik Charlie Hebdo. Stała się straszna tragedia i zakusy dżihadystów są zatrważające.

Dzisiaj rzecz o mediach. Po zamachu wszystkie  programy informacyjne, debaty, były na ten temat, gazety solidarnie o nich pisały. Dzień po zamachu, kiedy była obława na braci terrorystów, kanał informacyjny na żywo to transmitował. Na wczorajszej gali Grammy w Los Angeles gwiazdy nosiły plakietki : jestem z Hebdo.  Zostało to tak nagłośnione, bo stało się w Europie, w bogatym państwie i może to zagrozić zachodniemu stylowi życia, dobrobytowi.

W dzisiejszych wiadomościach dopiero po dziesięciu minutach powiedzieli o zamachu terrorystycznym w Nigerii, w którym na targu dwie dziewczynki zdetonowały bomby, które prócz nich zabiły około dwustu osób. Zaledwie kilka dni, dwa zamachy. Ale jaka różnica w potraktowaniu tych informacji! O zamachu na bogatych, wykształconych dziennikarzy – skutkach i przyszłości -debata ogólnonarodowa. A o Afryce? Właściwie w kontekście  zamachów  terrorystycznych i dżihadystach o tym wspomniano.

Nie przeszkadza wam ten oportunizm ? Jasne, kogo obchodzi Afryka?

Who cares about Africa?

15.01.2015

Uśmiech dziecka to najpiękniejsza rzecz na świecie. To nie jest banał. To jest prawda.

Kiedy nachylam się nad łóżeczkiem po przebudzeniu Maleństwa, on uśmiecha się do mnie na szerokość całej swej buzi, obnażając bezzębne dziąsełka. Jego oczka też się uśmiechają, a nieraz nawet wzdycha z radości, gdy mnie widzi. Młóci rękami i nogami pod kołderką. Całym sobą wyraża radość. Czuję wtedy falę ogromnego szczęścia, absolutnego. Wtedy nic nie jest ważne, nic się nie liczy. W takich momentach, chcę tylko aby dzieci były zawsze zdrowe i aby miały w swoim życiu jak najwięcej powodów właśnie do tak szczerych uśmiechów. Doceniam każdą chwilę z dziećmi. Naprawdę. Czasem nie chcę by rosły, bo żal mi każdego przemijającego etapu, wiem, że już nie wróci. Oczywiście cieszę się z nowych umiejętności, postępów, zdaję sobie sprawę, że to nieuniknione. Jednakże dzieci rosną, są coraz starsze, dorosłe, przyjdzie moment, że wyfruną z gniazda. Takim już jestem typem, że moja radość jest podszyta nostalgią. Widzę lustro- lśniącą płaszczyznę i jego ciemną stronę.

Też tak macie?

21.01.2015

Mało pisania! Mało, mało…

22.01.2015

Dostaję pytania skąd mój pomysł na ten świetny tytuł?

W pierwszej klasie ogólniaka, tylko przez rok mieliśmy muzykę. Prowadziła ją fajna, młoda nauczycielka, która była świeżo po ślubie, wkrótce zaszła w ciążę i nie spotkaliśmy się z nią więcej. Nie tylko z nią, ale i muzyką jako przedmiotem. Lekcje nie były sztampowe, oglądaliśmy z nią np. film: Amadeusz; uczyła nas tańców ludowych. Pewnego razu zaprezentowała również nagranie dźwiękowe, bardzo stare i okropnej jakości: Ostatni kastrat  – i dopowiedziała: Europy. Kiedyś mężczyzn przeznaczonych do pracy w chórze, a właściwie chłopców kastrowano, po to by ich głosy były wysokie, kobiece, wyjątkowe. Ostatni z tak potraktowanych został nagrany. Pamiętam, wywarło to na mnie duże wrażenie. Od tamtej pory ten tytuł kołacze mi się po głowie. Stąd moje zapożyczenie i wymiana jednego słowa, a jaki jest wspaniały efekt: Ostatni frustrat Europy. Ile pytań się rodzi? Dlaczego frustrat, dlaczego ostatni, dlaczego Europy? – wymienić choćby trzy najprostsze. Jak wiele znaczeń, niuansów  zdoła się ukryć pod tym tytułem?

Frustrat?

Dlaczego ostatni frustrat  a nie frustratka? Pozwólcie, że wyjaśnię w dwóch punktach.

  1. Gdyby była frustratką – zastanawiając się nad kupnem książki tylko ze względu na tytuł – pewnie z góry wzięlibyście mnie za niewyżytą seksualnie babę, opisującą swe wynaturzenia.
  2. Frustrat – brzmi interesująco – a jego dywagacje na różne tematy na tle europejskim będą prawdziwe, ciekawe, poważne, bo wszak jest mężczyzną. Najlepiej  w przedziale wiekowym 35-45 lat. Nie młody szczaw, a już wykształcony, z doświadczeniem zawodowym i okrzepłą męskością, która tak pociąga kobiety.

Męska końcówka jest moim chwytem marketingowym. Ale się nabraliście, co?

23.01.2015

Jest wpół do pierwszej w nocy i dopiero zasiadam do pisania. Przed chwilą skonsumowałam bułkę maczaną w swojskiej oliwie z oliwek od szwagra z Włoch. Jak pisać, to trzeba się posilić.

Boli mnie kręgosłup, a to głównie dlatego, że miałam pracowity dzień. Winę za moje zmęczenie ponosi fakt, ze wczoraj o pierwszej trzydzieści poszłam do łóżka, a wstałam już cztery godziny później, o szóstej trzydzieści. Upiekłam sernik kłamczuchy i ugotowałam zupę dyniową.  Trochę posprzątałam. Miałam gościa, przyjaciółkę, z którą nie widziałam się pięć miesięcy i która widziała Najmłodszego po raz pierwszy. Do tego dziecko miało atak płaczu z powodu ząbkowania. Jestem zmęczona, ale nie mogę odpuścić. Teraz jest mi trudno walczyć z sennością, by pisać, a przecież jeśli tego nie pokonam, będę musiała walczyć z sennością z innych, dużo mniej przyjemnych powodów. Jeśli teraz nie zacznę spełniać swoich snów, to kiedy? Na emeryturze? Nie wiadomo, czy dożyję przy tym żniwie nowotworów. Nie wiadomo, czy jeszcze będzie mi się chciało. Ostatni gwizdek. Za tydzień trzydzieste drugie urodziny.

Zasypiam na siedząco.

***

Godz.23.22.

Maleństwo nie śpi, bawi się z tatą. Siadam do komputera i powinnam pisać. Jednakże sprawdzam skrzynki pocztowe i kilka blogów. Internet  ze wszystkimi  dobrodziejstwami i przekleństwami to jednak złodziej czasu, rozpraszacz. Wchodzisz na internet niby na minutkę, a zostajesz godzinę. Dlatego lepiej nie wchodzić wcale, gdy ma się zamiar pisać, a zwłaszcza napisać książkę.

Internet  to ogólnie bardzo ciekawy twór – a emocje jakie wywołuje i konsekwencje, których on nie ponosi, są olbrzymie. Coraz częściej spotykam się z traktowaniem internetu jako wyroczni. Hasło: ‘W internecie tak było napisane’ – słyszę nagminnie. Przekonanie i ton głosu sugerują stosunek nabożny do tego co tam jest napisane. Jest to bezwarunkowo przyjmowane jako prawda. Dr. Google to najlepszy lekarz i farmaceuta. Można przeczytać o wszystkich chorobach i ich symptomach, a później spróbować wystawić sobie samemu diagnozę. W następnej części można  również wyszukać panaceum na te dolegliwości i rozpocząć samodzielne leczenie. Bez wychodzenia z domu. Tanio i niebezpiecznie. (Czasem drogo – pełno jest naciągaczy np. na cudownie odchudzające tabletki). Jest to w pewnym stopniu pouczające, ale w głównej mierze – zatrważające.

Internet – słowo wytrych i słowo – zasłona. Jakże często ludzie w dyskusji bronią swoich argumentów stwierdzeniem, że ‘internet tak mówi’, na poziomie zupełnie ogólnym. Nie dopowiadają kto, gdzie, na jakim portalu, gazecie, platformie, forum. Przekręcają, dopowiadają, lepią jak plastelinę wszelkie informacje z internetu , byleby stworzyć wiarygodnego, oczytanego, mądrego, bynajmniej nie zacofanego siebie, (człowieka postępu).

Gorszy mnie natomiast ignorancja ludzi wyżej postawianych, np. lekarzy, którym nie chce się już tłumaczyć schorzenia, tylko potrafią bezczelnie powiedzieć: pani poczyta sobie w internecie. W domyśle (masz  babo receptę, to już wychodź, bo następny, a może prywatnie pacjent czeka).

Podobnie panie z rejestracji przy pytaniu o szpital bądź przychodnię, w której można zrobić badania, odpowiadają, że można poszukać sobie w internecie, chociaż to ich działka i powinny udzielić informacji. Zwłaszcza wymaga się tego od ludzi młodych. A jakby tak stanąć okoniem dla tego masowego zjawiska? Da się jeszcze być tak ‘niedzisiejszym’? Stać nas na to?

Dobrze, rozpisałam się, a tu powinnam pisać powieść. Już wychodzę stąd i idę pisać.

24.01.2015

Młodzi gniewni: internauci, youtuberzy odnoszą sukcesy, zbijają fortuny.

A człowiek ambitny, krytyczny wobec siebie stale ma jakieś wahania, rozterki. Chce udoskonalać, martwi się, że to co robi nie jest dość dobre, by to pokazać. A rządni sukcesu, bez skrupułów produkują co im ślina na język przyniesie, są aktualni, bo mnożą wpis za wpisem. Nie martwią się zbytnio o stronę merytoryczną, której nawet często nie ma. Wpis jest o kotlecie zjedzonym na obiad i maści cynkowej na pryszcze. Wklejają fotki, zakładają sami sobie fankluby, zrzeszają facebookowiczów i zbierają kciuki w górę. Są znani z tego, że są znani, czyli epatują własnym ekshibicjonizmem. Dzisiaj, jak nigdy dotąd jest on w cenie. Ciekawe do kiedy?

Młode osoby, bez większego wysiłku odnoszą stosunkowo małym nakładem sił spektakularne sukcesy w wymiarze finansowym. Boli to pozostałych, którzy się uczyli, pracują ciężko i ledwo wiążą koniec z końcem.

Nie chcę się zaliczać do grona tych ostatnich, ale tak trochę jest na razie i nie chcę by tak pozostało. Chcę to zmienić. Zmiana ma nastąpić poprzez pisanie. Powinno być ono docenione, zauważone. Chcę się realizować w tym, do czego czuję powołanie. Chcę się rozwijać w pisaniu.

Pragnę, aby mnie czytano, prócz radości pozwoliłoby mi to na niezależność. Słowem: byłabym wolnym człowiekiem.

W podobnym tonie i o rozczarowaniu niespełnionych karier w Dzisiejszej Wyborczej jest dobry tekst Dobravki Ugresic. Zgadzam się z nią. I czuję tak samo.

Świat staje na głowie. Młode pokolenia są inne. Nie doceniają wiedzy, pracy, doświadczenia starszych. Nie rozumieją żalu, które one czują. Media społecznościowe, tantiemy z reklam – to wszystko nabija portfele młodych, którzy zbyt szybko są ‘dorobieni’ i z siebie zadowoleni. Nie mają kompleksów, że czegoś nie przeczytali, nie umieją. Ich poczucie własnej wartości buduje się i mierzy grubością portfela. Często są opryskliwi, chamscy. Myśla, że są dobrzy, bo  mają kilka tysięcy fanów. I że to wystarczy na całe życie.

Brakuje refleksji, pokory.

30.01.2015

Jutro są  moje urodziny. Trzydzieste drugie. Za rok trzydzieste trzecie. W wieku trzydziestu dwóch lat J.K. Rowling  napisała pierwszą część ‘Harrego Pottera’. W wieku lat trzydziestu trzech Jack London napisał ‘Martina Edena’, swe życiowe dzieło. Jezus Chrystus w tym wieku umarł, zostawiając po sobie bogate i wielowątkowe dziedzictwo Nowego Testamentu.

A ja? Zadebiutuję?

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Jeśli przeczytaliście pierwszą część 'Ostatniego frustrata Europy' i Wam się spodobał, zapraszam już za tydzień, na kolejny smakowity odcinek: LUTY.

Pamiętaj, możesz wesprzeć moją pisaninę i postawić mi wirtualną kawę. Link znajduje się powyżej w filiżance.
Dziękuję.

Jutro premiera!

Tak, to już jutro- 11.01.2023 roku- będzie miała miejsce premiera mojej szumnie i długo zapowiadanej książki: “Ostatni frustrat Europy”. Powieści autobiograficznej.

Nie tylko Sienkiewicz i Prus wydawali książki w odcinkach. Byli liczni epigoni.

Oto i Bellini, postanowiła dzielić  się 'Frustratem...' przez dwanaście kolejnych tygodni. 

Powieść - dziennik, jest zapisem dwunastu miesięcy 2015 roku. Każdej środy opublikuję kolejny miesiąc.

Dziennik szczery do bólu, prawdziwy, o pisaniu i niepisaniu, życiu.

Książka będzie dostępna za darmo.
Jeśli chcesz mnie docenić i wesprzeć, możesz mi postawić kawę. Link po prawej.

Do kolejnego przeczytania!

Sylwester 2022

Od dziś możesz mi postawić kawę!

Pod tym linkiem: http://buycoffee.to/bellini.laura możesz mi postawić kawę!

Odnośnik znajduje się też po prawej stronie w moim szablonie bloga. Najłatwiej w niego kliknąć i zostaniesz przekierowana/-y na właściwą stronę.

Moja autorska strona www.laurabellini.pl w grudniu przeszła odświeżający lifting, nastąpiły też zmiany.

W zakładce : ‘O mnie’ udostępniłam moje książki, w przyszłym roku będą kolejne premiery.

Jeśli podoba Ci się moja twórczość ( książki, wiersze, rysunki) i chcesz w wymierny sposób mi to okazać, możesz mi postawić kawę, którą bardzo lubię.

Jest to nieocenione wsparcie dla każdego autora/twórcy. Dla mnie też takie będzie!

Bardzo Ci za nie dziękuję!

Santa Claus is coming...

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
Ostatni frustrat Europy- odcinek pierwszy- Styczeń

Laura Bellini: Ostatni frustrat Europy

Wydanie 1 , 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-942796-0-8

STYCZEŃ

03.01.2015

Nigdy z niczym nie mogę zdążyć. Z rozpoczęciem pisania tego dziennika z datą pierwszego stycznia, również.

To takie postanowienie noworoczne, próba zdyscyplinowania siebie do tego, by pisać i rozliczać się z tego pisania. Poza tym zwykły zapis bolączek. Po trosze świadectwo pokolenia. Ja też jestem jego głosem i chcę, aby mnie usłyszano. Takich frustratów zapewne jest więcej.

Ciekawe, czy ktokolwiek będzie czytać mój blog? Z tego co obserwuję, coraz większe rzesze oglądają vlogi. Komu chce się dziś wysilać i czytać?

Łatwiej oglądać i słuchać niż czytać. Co w moim przekonaniu zubaża. To prawda, że przy filmach więcej zmysłów pracuje, ale czytając uruchamiamy głębszy proces myślenia, analizowania, wyobrażania tego, o czym czytamy. Oglądając, atakuje nas wiele bodźców, które nas również rozpraszają. Czytanie, to: skupienie, wyciszenie się, głębokie odczuwanie i przeżywanie fabuły, budowanie analogii.

08.01.2015

Za oknem huraganowe podmuchy, zmrożone krople deszczu, prawie grad uderzają o szyby. Za kwadrans północ.

Google przepasane kirem po wczorajszym zamachu na francuski dziennik satyryczny Charlie Hebdo. Za chwilę codziennie będziemy słyszeć o zamachu, aż znieczulica zapanuje kompletna, do czasu, kiedy nie stanie się to u nas. Nie znamy dnia ani godziny. Truizm? Prawda.

Zaraz upłynie dziesięć dni stycznia, a ja nie napisałam więcej niż strona A4  czcionką nr. 11.

A chciałbym napisać stronę dziennie w mojej sytuacji.

Chcę skończyć rozpoczętą bajkę, którą zaczęłam pisać jeszcze w grudniu- jako przerywnik. Przyszła do mnie w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć; fajne pomysły, gotowe dialogi oraz postacie. Muszę ją napisać. A właściwie zapisać… Również dla naszych dzieci. A potem powrócić do mojej powieści, wielkiej powieści osadzonej  na przełomie XVIII i XIX wieku. Mam  ją na warsztacie od kilku lat, w tym z kilkuletnią przerwą niepisania wcale, ale za to czytając książki historyczne.

09.01.2015

Mamy dwa tysiące piętnasty rok. Piętnasty… Ta data nasunęła mi to, jak ja się czułam, kiedy miałam piętnaście lat. Pamiętam siebie  w czerwonej sukience, latem, jak szłam miedzą w stronę kolei, pełna nadziei. Właśnie skończyłam podstawówkę. Wspaniałą podstawówkę, z której mam najlepsze wspomnienia edukacyjne w życiu i która mnie najbardziej rozwinęła. Szkoła średnia, studia, nigdy już to się nie powtórzyło – ta siła rażenia oraz rzetelność, zdobywanie prawdziwej wiedzy, ale i empatia, patrzenie na potencjał jednostki. Traktowanie podmiotowe. A wtedy myślałam, że to dopiero początek. Myślałam, że kiedy  wypłynę na szerokie wody, to dopiero pożegluję z własnym rozwojem i spotkam wspaniałych ludzi. Nie prawda.

Piętnastolatka, pisząca wtenczas wiersze, co dla mnie samej było zaskoczeniem, bo przecież wcześniej była tylko proza. Miałam w sobie marzenia i wiele wiary, nawet przekonanie, że będę pisać, utrzymywać się z tego i zaistnieję w światku skrybów. Czułam, że życie do mnie należy, że przed sobą mam wspaniałą przyszłość, nie świetlaną i łatwą, ale te siedemnaście lat temu, myślałam, że w obecnym wieku będę już uznaną i zadowolona z siebie pisarką.

Realizuję się jako matka, jest to ważna, ale jednak jedna ze sfer życia, gdzieś tam głęboko, każdy ma w sobie jakieś powołanie i wewnętrzny nakaz, by robić to, co do niego należy. Pomimo udanego życia rodzinnego bądź nie, kłopotów finansowych, zdrowotnych nawet, ten przymus realizowania się jest niezniszczalny, pierwotny nawet. Jest jak popęd.

Pisanie, myślenie o pisaniu mnie uszczęśliwia. Kiedy to robię, jestem zadowolona z siebie, czuję się lepiej- mam niższe ciśnienie krwi. Jestem spokojniejsza, nie czuję objawów stanów lękowych i nerwicy. Nie piszę dla terapii. Mam nerwicę przez to m.in., że nie piszę, nie ukończyłam swojej powieści.

10.01.2015

Dwa dni temu w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat zmarł Tadeusz Konwicki. Na TVP Kultura wieczorem emitowali program dokumentalny o nim. Nie oglądałam w całości, bo nie widziałam początku, ale był to obszerny dokument: posklejane wywiady plus spotkania autorskie oraz wypowiedzi córek. Pierwsza córka, bardzo podobna fizycznie do ojca, mówiła o więzi telepatycznej ich łączącej, ponoć nie musieli rozmawiać, by jedno wiedziało co drugie myśli; natomiast druga córka – niepodobna fizycznie – wspominała dzieciństwo. Powiedziała coś, co bardzo mi utkwiło w głowie, mianowicie  że widziała ojca za szybą jak pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Tak, widziała go za szybą. Taki żal było słychać w jej głosie o dystans i niedostępność ojca, o to , że nie poświęcił im – córkom- wystarczającej ilości czasu.

A moja refleksja jest zgoła inna. Nie pierwszy to mężczyzna, który może pisać i mieć w nosie wszystko. Może pisać i nie musieć się przejmować  tym, co w tym czasie dzieje się z (również jego) dziećmi. Już  żona się miała nimi zająć i ewentualnie odciągnąć od tych drzwi z szybą, żeby mu nie przeszkadzały, w końcu pracował. Na przykład Thomass Mann i jego żona Katia. Ona też o wszystko dbała.

Porównuję siebie – nikt mojego pisania nie traktuje poważnie, jak pracy.(Może dlatego, że niczego jeszcze nie wydałam).  Fakt – niczego prócz własnej satysfakcji i spokoju ducha z tego nie mam (wciąż), ale to ja muszę sobie wygospodarować czas na pisanie: nocą, nad ranem, w czasie drzemki Maleństwa. Przy ostatnim, nie zawsze możliwe, bo jak muszę ugotować, wyprać – to robię to w tym czasie. Muszę się wyrobić (zdążyć) z obowiązkami domowymi, bo nikt tego za mnie nie zrobi.

Który facet to zrozumie? Poczuje?

Wielokrotnie miałam fajne pomysły i pociąg do pisania, kiedy nie mogłam pomarzyć nawet, bym mogła to zapisać. Czasem na papierze skrobnę pojedyncze pomysły. Nieraz odwrotnie, pisałam i miałam tak zwaną wenę, a tu np. Malutki się obudził, jest głodny; Starszy podobnie – przerywam bez  żalu ze względu na dzieci, z drugiej strony wiem, że fajnie mi się myśli układały i mogłabym zapisać parę stron i że tego nie zrobię. Przepadło. Nigdy w takiej samej formie już nie odtworzę tego, co chciałam zapisać.

Jest to naturalne, że przerywam. Nawet nie próbuję się użalać. Bardziej chcę tutaj ludzi, czyli WAS uświadomić.

Z drugiej strony warto doceniać. Doceniać pisarki (posiadające dzieci). Doceniać żony pisarzy, żony artystów w ogóle.

Buńczuczne feministki pewnie chórem się odezwą: to po co masz dzieci, skoro chciałaś pisać?

Moja odpowiedź zabrzmi: chcę mieć rodzinę i chcę pisać. Chyba to nie grzech?

Ubolewam nad moją relatywnie słabą wytrzymałością fizyczną. Żałuję, że nie wystarczają mi trzy godziny snu na dobę.

A teraz możecie mnie hejtować.

13.01.2015.

Jest  czterdzieści minut po północy, a ja odpaliłam komputer. Rodzina już śpi. Jestem zmęczona i też chętnie bym się położyła do łóżka, jednak tego nie robię. Gna mnie myśl do komputera, że muszę pisać. Bo dzisiaj nic nie udało mi się jeszcze zapisać, a to niedobrze jest. Tak właśnie mija dzień za dniem,  tak naprawdę upływa życie. Upływa, czyli go ubywa. Nie będę wieczna ja ani pozostali. Chcę coś zrobić, coś napisać i po sobie pozostawić . A najważniejsze, póki żyję robić to, co sprawia mi przyjemność. To jest chyba najważniejsze. Podwójna radość  z istnienia, kiedy robi się to, co lubi.

Do komputera gna mnie jeszcze świadomość, że  mój urlop macierzyński nie będzie wiecznie trwać. Zarywanie nocy nie jest mi obce, bo pracowałam zmianowo. Aby to zmienić, pozostaje mi na macierzyńskim zarywanie nocy, by pisać. I jest to o wiele łatwiejsze, gdyż piszę, bo lubię. Żeby tylko były tego wymierne efekty, w postaci ukończenia i wydania książki. Pisarze, ci dobrzy, popularni mniej lub bardziej, utrzymują się nie tylko z prowizji od sprzedanej ilości książek. Zarabiają na spotkaniach autorskich, powstaje coraz więcej nagród literackich, coraz częściej miasta przyznają nagrody. Mamy  Literacki Sopot,  szczecińską Gryfie, śląski Wawrzyn Literacki, nie mówiąc o Nike czy Angelusie, nagrodach za kryminał czy reportaż, książki historyczne, poezje… Wiele konkursów. Tylko trzeba być zwierzęciem konkursowym oraz być nominowanym. Nie wiem, czy jestem. Na razie jestem w sieci i wy mnie czytacie, poznajecie. Widzę po statystykach, że jesteście, natomiast komentarzy z waszej strony brak.

Piszę w nocy, bo w dzień będę się zajmować Maleństwem. To nie jest tak, że dziecko mi przeszkadza w pisaniu. Nie. Gdyby nie macierzyński, zamiast zajmowania się dzieckiem, byłabym w pracy, czyli też nie pisałabym. Doceniam możliwość bycia przy dziecku, zwłaszcza kiedy widzę, jak ono tego potrzebuje. Mama w tym wieku jest dla niego wszystkim, zwłaszcza, gdy karmi się piersią.

Znam piekło nocek, pracy po dwanaście godzin, zmianowej. Pracy we wszystkie święta czy weekendy, jak wypadnie. Nie ma świętości.

Zamiast tej pracy, mogłabym pisać dwanaście godzin. Nawet w święta.

14.01.2015

Wiecie co mnie wkurza? Tendencyjność  Europy. I świata. Już siedem dni mięło od zamachu we Francji na satyryczny dziennik Charlie Hebdo. Stała się straszna tragedia i zakusy dżihadystów są zatrważające.

Dzisiaj rzecz o mediach. Po zamachu wszystkie  programy informacyjne, debaty, były na ten temat, gazety solidarnie o nich pisały. Dzień po zamachu, kiedy była obława na braci terrorystów, kanał informacyjny na żywo to transmitował. Na wczorajszej gali Grammy w Los Angeles gwiazdy nosiły plakietki : jestem z Hebdo.  Zostało to tak nagłośnione, bo stało się w Europie, w bogatym państwie i może to zagrozić zachodniemu stylowi życia, dobrobytowi.

W dzisiejszych wiadomościach dopiero po dziesięciu minutach powiedzieli o zamachu terrorystycznym w Nigerii, w którym na targu dwie dziewczynki zdetonowały bomby, które prócz nich zabiły około dwustu osób. Zaledwie kilka dni, dwa zamachy. Ale jaka różnica w potraktowaniu tych informacji! O zamachu na bogatych, wykształconych dziennikarzy – skutkach i przyszłości -debata ogólnonarodowa. A o Afryce? Właściwie w kontekście  zamachów  terrorystycznych i dżihadystach o tym wspomniano.

Nie przeszkadza wam ten oportunizm ? Jasne, kogo obchodzi Afryka?

Who cares about Africa?

15.01.2015

Uśmiech dziecka to najpiękniejsza rzecz na świecie. To nie jest banał. To jest prawda.

Kiedy nachylam się nad łóżeczkiem po przebudzeniu Maleństwa, on uśmiecha się do mnie na szerokość całej swej buzi, obnażając bezzębne dziąsełka. Jego oczka też się uśmiechają, a nieraz nawet wzdycha z radości, gdy mnie widzi. Młóci rękami i nogami pod kołderką. Całym sobą wyraża radość. Czuję wtedy falę ogromnego szczęścia, absolutnego. Wtedy nic nie jest ważne, nic się nie liczy. W takich momentach, chcę tylko aby dzieci były zawsze zdrowe i aby miały w swoim życiu jak najwięcej powodów właśnie do tak szczerych uśmiechów. Doceniam każdą chwilę z dziećmi. Naprawdę. Czasem nie chcę by rosły, bo żal mi każdego przemijającego etapu, wiem, że już nie wróci. Oczywiście cieszę się z nowych umiejętności, postępów, zdaję sobie sprawę, że to nieuniknione. Jednakże dzieci rosną, są coraz starsze, dorosłe, przyjdzie moment, że wyfruną z gniazda. Takim już jestem typem, że moja radość jest podszyta nostalgią. Widzę lustro- lśniącą płaszczyznę i jego ciemną stronę.

Też tak macie?

21.01.2015

Mało pisania! Mało, mało…

22.01.2015

Dostaję pytania skąd mój pomysł na ten świetny tytuł?

W pierwszej klasie ogólniaka, tylko przez rok mieliśmy muzykę. Prowadziła ją fajna, młoda nauczycielka, która była świeżo po ślubie, wkrótce zaszła w ciążę i nie spotkaliśmy się z nią więcej. Nie tylko z nią, ale i muzyką jako przedmiotem. Lekcje nie były sztampowe, oglądaliśmy z nią np. film: Amadeusz; uczyła nas tańców ludowych. Pewnego razu zaprezentowała również nagranie dźwiękowe, bardzo stare i okropnej jakości: Ostatni kastrat  – i dopowiedziała: Europy. Kiedyś mężczyzn przeznaczonych do pracy w chórze, a właściwie chłopców kastrowano, po to by ich głosy były wysokie, kobiece, wyjątkowe. Ostatni z tak potraktowanych został nagrany. Pamiętam, wywarło to na mnie duże wrażenie. Od tamtej pory ten tytuł kołacze mi się po głowie. Stąd moje zapożyczenie i wymiana jednego słowa, a jaki jest wspaniały efekt: Ostatni frustrat Europy. Ile pytań się rodzi? Dlaczego frustrat, dlaczego ostatni, dlaczego Europy? – wymienić choćby trzy najprostsze. Jak wiele znaczeń, niuansów  zdoła się ukryć pod tym tytułem?

Frustrat?

Dlaczego ostatni frustrat  a nie frustratka? Pozwólcie, że wyjaśnię w dwóch punktach.

  1. Gdyby była frustratką – zastanawiając się nad kupnem książki tylko ze względu na tytuł – pewnie z góry wzięlibyście mnie za niewyżytą seksualnie babę, opisującą swe wynaturzenia.
  2. Frustrat – brzmi interesująco – a jego dywagacje na różne tematy na tle europejskim będą prawdziwe, ciekawe, poważne, bo wszak jest mężczyzną. Najlepiej  w przedziale wiekowym 35-45 lat. Nie młody szczaw, a już wykształcony, z doświadczeniem zawodowym i okrzepłą męskością, która tak pociąga kobiety.

Męska końcówka jest moim chwytem marketingowym. Ale się nabraliście, co?

23.01.2015

Jest wpół do pierwszej w nocy i dopiero zasiadam do pisania. Przed chwilą skonsumowałam bułkę maczaną w swojskiej oliwie z oliwek od szwagra z Włoch. Jak pisać, to trzeba się posilić.

Boli mnie kręgosłup, a to głównie dlatego, że miałam pracowity dzień. Winę za moje zmęczenie ponosi fakt, ze wczoraj o pierwszej trzydzieści poszłam do łóżka, a wstałam już cztery godziny później, o szóstej trzydzieści. Upiekłam sernik kłamczuchy i ugotowałam zupę dyniową.  Trochę posprzątałam. Miałam gościa, przyjaciółkę, z którą nie widziałam się pięć miesięcy i która widziała Najmłodszego po raz pierwszy. Do tego dziecko miało atak płaczu z powodu ząbkowania. Jestem zmęczona, ale nie mogę odpuścić. Teraz jest mi trudno walczyć z sennością, by pisać, a przecież jeśli tego nie pokonam, będę musiała walczyć z sennością z innych, dużo mniej przyjemnych powodów. Jeśli teraz nie zacznę spełniać swoich snów, to kiedy? Na emeryturze? Nie wiadomo, czy dożyję przy tym żniwie nowotworów. Nie wiadomo, czy jeszcze będzie mi się chciało. Ostatni gwizdek. Za tydzień trzydzieste drugie urodziny.

Zasypiam na siedząco.

***

Godz.23.22.

Maleństwo nie śpi, bawi się z tatą. Siadam do komputera i powinnam pisać. Jednakże sprawdzam skrzynki pocztowe i kilka blogów. Internet  ze wszystkimi  dobrodziejstwami i przekleństwami to jednak złodziej czasu, rozpraszacz. Wchodzisz na internet niby na minutkę, a zostajesz godzinę. Dlatego lepiej nie wchodzić wcale, gdy ma się zamiar pisać, a zwłaszcza napisać książkę.

Internet  to ogólnie bardzo ciekawy twór – a emocje jakie wywołuje i konsekwencje, których on nie ponosi, są olbrzymie. Coraz częściej spotykam się z traktowaniem internetu jako wyroczni. Hasło: ‘W internecie tak było napisane’ – słyszę nagminnie. Przekonanie i ton głosu sugerują stosunek nabożny do tego co tam jest napisane. Jest to bezwarunkowo przyjmowane jako prawda. Dr. Google to najlepszy lekarz i farmaceuta. Można przeczytać o wszystkich chorobach i ich symptomach, a później spróbować wystawić sobie samemu diagnozę. W następnej części można  również wyszukać panaceum na te dolegliwości i rozpocząć samodzielne leczenie. Bez wychodzenia z domu. Tanio i niebezpiecznie. (Czasem drogo – pełno jest naciągaczy np. na cudownie odchudzające tabletki). Jest to w pewnym stopniu pouczające, ale w głównej mierze – zatrważające.

Internet – słowo wytrych i słowo – zasłona. Jakże często ludzie w dyskusji bronią swoich argumentów stwierdzeniem, że ‘internet tak mówi’, na poziomie zupełnie ogólnym. Nie dopowiadają kto, gdzie, na jakim portalu, gazecie, platformie, forum. Przekręcają, dopowiadają, lepią jak plastelinę wszelkie informacje z internetu , byleby stworzyć wiarygodnego, oczytanego, mądrego, bynajmniej nie zacofanego siebie, (człowieka postępu).

Gorszy mnie natomiast ignorancja ludzi wyżej postawianych, np. lekarzy, którym nie chce się już tłumaczyć schorzenia, tylko potrafią bezczelnie powiedzieć: pani poczyta sobie w internecie. W domyśle (masz  babo receptę, to już wychodź, bo następny, a może prywatnie pacjent czeka).

Podobnie panie z rejestracji przy pytaniu o szpital bądź przychodnię, w której można zrobić badania, odpowiadają, że można poszukać sobie w internecie, chociaż to ich działka i powinny udzielić informacji. Zwłaszcza wymaga się tego od ludzi młodych. A jakby tak stanąć okoniem dla tego masowego zjawiska? Da się jeszcze być tak ‘niedzisiejszym’? Stać nas na to?

Dobrze, rozpisałam się, a tu powinnam pisać powieść. Już wychodzę stąd i idę pisać.

24.01.2015

Młodzi gniewni: internauci, youtuberzy odnoszą sukcesy, zbijają fortuny.

A człowiek ambitny, krytyczny wobec siebie stale ma jakieś wahania, rozterki. Chce udoskonalać, martwi się, że to co robi nie jest dość dobre, by to pokazać. A rządni sukcesu, bez skrupułów produkują co im ślina na język przyniesie, są aktualni, bo mnożą wpis za wpisem. Nie martwią się zbytnio o stronę merytoryczną, której nawet często nie ma. Wpis jest o kotlecie zjedzonym na obiad i maści cynkowej na pryszcze. Wklejają fotki, zakładają sami sobie fankluby, zrzeszają facebookowiczów i zbierają kciuki w górę. Są znani z tego, że są znani, czyli epatują własnym ekshibicjonizmem. Dzisiaj, jak nigdy dotąd jest on w cenie. Ciekawe do kiedy?

Młode osoby, bez większego wysiłku odnoszą stosunkowo małym nakładem sił spektakularne sukcesy w wymiarze finansowym. Boli to pozostałych, którzy się uczyli, pracują ciężko i ledwo wiążą koniec z końcem.

Nie chcę się zaliczać do grona tych ostatnich, ale tak trochę jest na razie i nie chcę by tak pozostało. Chcę to zmienić. Zmiana ma nastąpić poprzez pisanie. Powinno być ono docenione, zauważone. Chcę się realizować w tym, do czego czuję powołanie. Chcę się rozwijać w pisaniu.

Pragnę, aby mnie czytano, prócz radości pozwoliłoby mi to na niezależność. Słowem: byłabym wolnym człowiekiem.

W podobnym tonie i o rozczarowaniu niespełnionych karier w Dzisiejszej Wyborczej jest dobry tekst Dobravki Ugresic. Zgadzam się z nią. I czuję tak samo.

Świat staje na głowie. Młode pokolenia są inne. Nie doceniają wiedzy, pracy, doświadczenia starszych. Nie rozumieją żalu, które one czują. Media społecznościowe, tantiemy z reklam – to wszystko nabija portfele młodych, którzy zbyt szybko są ‘dorobieni’ i z siebie zadowoleni. Nie mają kompleksów, że czegoś nie przeczytali, nie umieją. Ich poczucie własnej wartości buduje się i mierzy grubością portfela. Często są opryskliwi, chamscy. Myśla, że są dobrzy, bo  mają kilka tysięcy fanów. I że to wystarczy na całe życie.

Brakuje refleksji, pokory.

30.01.2015

Jutro są  moje urodziny. Trzydzieste drugie. Za rok trzydzieste trzecie. W wieku trzydziestu dwóch lat J.K. Rowling  napisała pierwszą część ‘Harrego Pottera’. W wieku lat trzydziestu trzech Jack London napisał ‘Martina Edena’, swe życiowe dzieło. Jezus Chrystus w tym wieku umarł, zostawiając po sobie bogate i wielowątkowe dziedzictwo Nowego Testamentu.

A ja? Zadebiutuję?

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Jeśli przeczytaliście pierwszą część 'Ostatniego frustrata Europy' i Wam się spodobał, zapraszam już za tydzień, na kolejny smakowity odcinek: LUTY.

Pamiętaj, możesz wesprzeć moją pisaninę i postawić mi wirtualną kawę. Link znajduje się powyżej w filiżance.
Dziękuję.

Jutro premiera!

Tak, to już jutro- 11.01.2023 roku- będzie miała miejsce premiera mojej szumnie i długo zapowiadanej książki: “Ostatni frustrat Europy”. Powieści autobiograficznej.

Nie tylko Sienkiewicz i Prus wydawali książki w odcinkach. Byli liczni epigoni.

Oto i Bellini, postanowiła dzielić  się 'Frustratem...' przez dwanaście kolejnych tygodni. 

Powieść - dziennik, jest zapisem dwunastu miesięcy 2015 roku. Każdej środy opublikuję kolejny miesiąc.

Dziennik szczery do bólu, prawdziwy, o pisaniu i niepisaniu, życiu.

Książka będzie dostępna za darmo.
Jeśli chcesz mnie docenić i wesprzeć, możesz mi postawić kawę. Link po prawej.

Do kolejnego przeczytania!

List w butelce

Książka przygodowa, z wartką akcją. Głowni bohaterowie to Maciek i jego kot  Mruczek.

Do brzegu rzeki nieopodal domu Maćka, dobija butelka z listem. Okazuje się, że to list właśnie do niego. Ktoś go wzywa.

Lektura Listu w butelce rozwikła tę zagadkę.

List w butelce to piracka opowieść.

Dla wszystkich dzieci od 5 lat w górę!

 

Wydawnictwo: laurabellini.pl

ISBN: 978-83-942796-1-5

Wydanie 1

2016

 

Esencja życia.

Laura Bellini: Esencja życia.

Zbiór czternastu opowiadań dla dorosłych.

Premiera: 8 luty 2016.

Wydanie 1

E-book: plik pdf.

ISBN: 978-83-942796-3-9

 

 

,,Myszka Podróżniczka''.

Myszka Podróżniczka wyrusza w daleką podróż. Co ją do tego skłoniło?Jakie czyni przygotowania?

Jak wygląda jej wędrówka? Kogo spotka na swej drodze?

Niewątpliwie Myszka przeżyje niezwykłe przygody, zawrze ciekawe przyjaźnie, a jednocześnie dojdzie do ciekawych wniosków.

 

Książka ma swoje drugie dno – zawiera sporo refleksji na tematy ogólnoludzkie, porusza tematy samotności i przyjaźni, odwagi i żałoby, ciekawości świata i poszukiwań tego, co w życiu najważniejsze. Co ważne, wiele mówi o stosunku do małych ojczyzn – własnych domów.

Wydawnictwo: Rozpisani.pl

Numer ISBN: 978-83-942796-4-6

E-book numer ISBN: 978-83-942796-7-7

Ilość stron: 43

Dla dzieci do lat 8.

1 2
Zong

Laura Bellini

Zong

Jak mogła uważać
się za pisarkę
mając
wciąż te same
wątpliwości
czy na pewno
to " na pewno" osobno
a naprawdę
to " naprawdę" razem?

To szczęście...

Laura Bellini

To szczęście...

To szczęście
gdy była bieda
i piekło się
placki
najszczersze
pachnące prawdą
promyka radości
posypką miłości
w niemożebnie
różowo- szarej
dziecięcej
rzeczywistości

Nie ma wyjścia..

Laura Bellini

Nie ma wyjścia
Trzeba dożyć to życie

Wołanie

Laura Bellini

Wołanie

-Życie!
Minuta ciszy

2019

Laura Bellini

2019

Mają wyjebane
w chuj ich to nie obchodzi
Dzieci z wydętymi brzuchami
w Afryce
Ruina Jemenu
Głód Jemenu
Zniszczenia Syrii
Przepełnione więzienia
na Filipinach
Wojny
bicia
gwałty
bieda
Liczy się dobrostan
bogacenie
dobre światło do selfie
własne alergie pokarmowe
problem czy pić shake' a
z jarmużem czy szpinakiem

Połajanka

Laura Bellini

Połajanka

Tyle rzeczy mi uciekło
pomysłów niezapisanych
"Nieogarnięta" 2020
to dla mnie nagroda
na poczet równie nieogarniętego,
ledwo co
rozpoczętego 2021
Obudź się, dziewczyno!
Obudź!
z letargu
Szkoda życia
I tych słów
niezapisanych

Maski

Laura Bellini

Ukrywają
zrzedłą minę
depresyjne kąciki ust
w dół ciągnięte
zbyt śmiałe wąsy
hirsucystyczne dziko
włosy pod brodą
rosnące
Ot, dobrodziejstwo
noszenia maseczek
           

Merry Christmas

Laura Bellini

Merry Christmas
:
śledź
ryba
uszka
kapusta z pieczarkami
barszcz
kompot z suszu
miodownik
sernik
piernik
pasztet z soczewicy
ciastka migdałowe
śledź w śmietanie
I po świętach

Poezja

Laura Bellini

Poezja

Wolność w pisaniu
Target mnie nie
ogranicza
samozwańczo pisarką
ba, nawet poetką
nikt nie zabroni 
mnie nazywać
Wolność przekazu
internet
kusi i pomaga
tylko wyłowić te perły
pośród oceanu
clickbajtów informacji
nagich biustów
i reklam leków na
erekcję
Poezja słowem
stoi
luzuje gumę w majtkach
i nonszalancko
daje
cieszyć się
wolnością

Matka kokoszka

Laura Bellini

Matka kokoszka

Niosła w sobie
dwoistość uczuć
nieszczęście niespełnienia
i spełnienia
Bycia showgirl
I dobrą matką, którą była
Artyzmu / rozsądku
pójścia na całość
pokory na rzecz
przetwania gatunku
...
to nigdy nie ma 
końca

1 2 3 4 5 6 7
Pełnia jesieni - wersja 1

Pełnia jesieni - wersja 1

Pełnia jesieni - wersja 2

Góry przysłaniające słońce

Gęsi odleciały

Wszystkie fajne gęsi odleciały

Rakieta Putina się rozbije vel Klęska Putina

Ptasie mleczko

Potęga miłości

1 2

Laura Bellini
Zapraszam do lektury!

Postaw mi kawę na buycoffee.to